Nie przegap
Strona główna / Dwa oblicza Manchesteru United

Dwa oblicza Manchesteru United

Cristiano Ronaldo
Mimo iż Czerwone Diabły po kiepskim początku, ostatnio pną się w górę tabeli, wyraźnie widać, że maszyna Fergusona nie działa jeszcze jak należy. O ile w ostatnich spotkaniach przez pierwsze 45 minut piłkarska machina zdawała się rozpędzać, o tyle w przerwie maszynista Fergie najwyraźniej wyhamowywał rozpędzoną lokomotywę Manchesteru United i drugie połowy w wykonaniu jego podopiecznych wyglądały mizernie. Dlaczego?

W pierwszym spotkaniu obecnego sezonu przyszło się nam zmierzyć z Newcastle. Miało być szybko, łatwo i przyjemnie (tak było przed rokiem), a skończyło się zaskakującym 1:1. Niefortunny remis został potraktowany jako zupełny przypadek. Biorąc pod uwagę przebieg spotkania i parady Givena (fuksiata fenomenalna interwencja głową), rzeczywiście można to było nazwać wypadkiem. Później przyszła skromna, bo jednobramkowa, wygrana z drużyną Portsmouth.

Carlos Tevez podczas meczu z LiverpoolPrzed meczem z Liverpoolem wszyscy byli optymistami. W końcu z nikim nam się ostatnimi czasy tak przyjemnie nie gra, jak właśnie z podopiecznymi Rafy Beniteza. Początek był obiecujący, bo już w trzeciej minucie Reinę pokonał Carlos Tevez. Niestety po dwudziestu minutach Van der Sar uciekając z bramki, zrobił w bambuko Browna, który strzelił niechcący samobója. Akcja wybitnie przypadkowa, której holenderski bramkarz mógł jednak zapobiec, podłamała zespół gości. W miarę, jak w środku pola słabł kontuzjowany Carrick, drużyna United grała coraz gorzej. Kiedy za Anglika w drugiej połowie wszedł Giggs, obraz gry stale się pogarszał. Na domiar złego Walijczyk „załatwił” nam drugą bramkę dla Liverpoolu (autorstwa Babela). Kompletny brak koncepcji, nie mówiąc już o polocie sprawił, że Manchester United poległ w konfrontacji z podopiecznymi Rafy Beniteza 1:2.

Los nas nie oszczędzał. Po Liverpoolu przyszło nam jechać do Londynu na mecz z wicemistrzem Anglii. Optymistów przed starciem z Chelsea było niewielu. Gra United pozostawiała wiele do życzenia, a co więcej w spotkaniu nie mógł wystąpić kontuzjowany Michael Carrick. Początek, jak zwykle był obiecujący – nie upłynęło nawet dwadzieścia minut gry, kiedy Park Ji-Sung wpakował piłkę do siatki. I wówczas – znowu – coś pękło w drużynie (a w 32. minucie coś pękło także Van der Sarowi, którego szybko zastąpił Kuszczak). Oglądaliśmy powtórkę z rozrywki, a więc rozpaczliwą obronę korzystnego rezultatu. Trzech punktów do końca spotkania nie udało się dowieźć za sprawą Salomona Kalou, który w na dziesięć minut przed końcem meczu pokonał polskiego golkipera. No cóż, remis na Stamford Bridge, patrząc na ostatnie wyniki uzyskiwane w Londynie, nie jest złym rezultatem – pocieszali się kibice Czerwonych Diabłów.

Na szczęście, w następnej rundzie spotkań terminarz nas oszczędził i zaserwował ligowego słabeusza, czyli drużynę Ebiego Smolarka – Bolton. Zgodnie z oczekiwaniami, podopieczni Fergusona zwyciężyli Kłusaków 2:0. W tych samych rozmiarach, United pokonali na Ewood Park miejscowe Blackburn Rovers. Z kolei w spotkaniu z WBA, gracze z Manchesteru wbili rywalom aż cztery bramki nie tracąc żadnej. Zdawało się, że kryzys dopadający zawodników w drugich częściach meczu został zażegnany, bo wszystkie gole w spotkaniu z beniaminkiem padły po przerwie. Diabły zmierzały we właściwym kierunku. Chyba.

Wayne Rooney podczas meczu z EvertonemNastępnie ekipa Czerwonych Diabłów miała zawitać na Goodison Park i zmierzyć się z Evertonem. Przez pierwsze pół godziny United praktycznie nie schodziło z połowy The Toffees. W środku pola rządzili Fletcher do spółki z Ryanem Giggsem. Zresztą to po ich akcji padła jedyna dla United, w tym meczu, bramka. Przy trafieniu Fletchera asystował właśnie Walijczyk. Przy świetnej od początku sezonu formie Darrena oraz nadzwyczajnej dyspozycji Ryana, który najwyraźniej znalazł sobie nową pozycję na boisku, Czerwone Diabły panowały na murawie. W drugich 45 minutach wszyscy kibice oczekiwali, że w drugiej części spotkania gracze w czerwonych koszulkach dołożą jeszcze kilka bramek, a zdobycia 3 punktów w Liverpoolu nikt nawet nie kwestionował. Niestety, w drugiej połowie zobaczyliśmy inne United. Właściwie ciężko nazwać tę drużynę United, kiedy zawodnicy nie byli united i każdy grał na własną rękę – Roo toczył walkę z kibicami Evertonu, Nani biegał bez ładu i składu, Brown był raz za razem ośmieszany, a Ferdinand znajdował się gdzieś w Matrixie. To właśnie gra Rio jest doskonałym podsumowaniem postawy Czerwonych Diabłów w drugiej odsłonie meczu – kompletny brak koncentracji i organizacji. Atakujący The Toffees wchodzili w naszą obronę jak w masło (największe wpadki spotkania zanotował Rio) i tylko cudem nie straciliśmy bramki po strzale Yakubu (wówczas piłka trafiła w słupek). Trzy punkty odebrał nam w 63. minucie belgijski pomocnik Fellaini, po strzale głową.

Podczas ostatniej kolejki rozgrywanej w październiku Czerwone Diabły podejmowały u siebie West Ham. W pierwszej połowie losy spotkania rozstrzygnął Cristiano Ronaldo strzelając Młotom dwie bramki. Druga część meczu w wykonaniu United była bezbarwna i gdyby przyszło nam się zmierzyć z kimś silniejszym niż będącym w kryzysie graczom stołecznego klubu, mogłoby być różnie. Na szczęście podopieczni Zoli nie byli w stanie napędzić nam takiego stracha jak Hull City.

Wayne Rooney przeciwko Hull CityDo konfrontacji z rewelacyjnym beniaminkiem, który w tegorocznych rozgrywkach pokonał między innymi Arsenal Londyn, ekipa Fergusona przystępowała jako murowany faworyt. Jednakże po cichu wszyscy liczyli na interesujący i zacięty mecz. Już w trzeciej minucie worek z bramkami rozwiązał Cristiano Ronaldo. Old Trafford zamilkło, kiedy po dwudziestu minutach stan meczu wyrównał Cousin. Na szczęście Diabły na straconą bramkę zareagowały odpowiednio i odpowiedziały kolejno trafieniami Carricka i ponownie Ronaldo. Na przerwę schodzili z wynikiem 3:1, co było i tak najmniejszym wymiarem kary dla Tygrysów. Początku drugiej połowy kibice United oczekiwali z niepokojem. Kiedy w 57. minucie do siatki rywali trafił Vidic, zdawało się, że mecz już jest wygrany. Wówczas to – tradycyjnie – podopieczni Fergusona osiedli na laurach i zaczęli roztrwaniać wypracowaną przewagę. Van der Sara kolejno pokonywali Mendy i Geovanni z karnego. Ostatnie dziesięć minut oglądałem na stojąco, modląc się o dowiezienie rezultatu do końca. Mecz skończył się wynikiem 4:3. Uff…

Nemanja VidicTaka gra nie może się powtórzyć. Nie mogliśmy w to uwierzyć, ostatnie minuty meczu były bardzo ciężkie i graliśmy pod presją. Nie powinniśmy stracić takich goli. Nie ma jakiejś dużej potrzeby zamartwiania się, ale musimy to dokładnie przemyśleć i przeanalizować, żeby uniknąć takich błędów w przyszłości.

Nemanja Vidic

Edwin van der SarW sobotę otrzymaliśmy ostrzeżenie. Musimy mieć pewność, że pokonamy przeciwników. W drugiej połowie musimy myśleć o dobrym skończeniu meczu, a nie o następnym spotkaniu. Musisz dać z siebie wszystko, pewnie zwyciężyć i dopiero wtedy myśleć o tym, co będzie dalej.

Edwin Van der Sar

Nie pamiętam spotkania, kiedy mistrzowie Anglii na własnym terenie stracili aż 3 bramki. Dekoncentracja, jaka wkradła się w nasze szeregi po bramce Vidica na 4:1 omal nie pozbawiła Fergusona i spółki jakże cennych punktów. Sięgając pamięcią do spotkań z poprzedniego sezonu, pamiętam Manchester United gniotący rywali, strzelający mnóstwo bramek i grający spokojnie i rozważnie w defensywie. W obecnych rozgrywkach – owszem – gnieciemy rywali i strzelamy sporo bramek – jednak tylko przez pierwsze 45 minut. Potem w psychice zawodników załącza się przeświadczenie – ale luzik, jesteśmy tak dobrzy, że pokonujemy wszystkich do przerwy. Niestety, boisko brutalnie weryfikuje postawę naszych piłkarzy. W ostatnich trzech spotkaniach w pierwszych połowach strzelaliśmy 7 bramek, a straciliśmy tylko jedną. Po przerwie rywale strzelili nam 3 gole, my odpowiedzieliśmy zaledwie jednym.

Spora, jak na defensywę United, ilość traconych bramek zdaje się potwierdzać tezę o braku koncentracji. Oprócz sporadycznych błędów Browna/niepewnego Gary’ego, przeciętnej dyspozycji Evry, martwi na pewno gra środkowych obrońców – Vidica i Ferdinanda. Serb niestety nie znajduje się w najlepszej dyspozycji, mnożą się głupie faule w jego wykonaniu. Z kolei Anglik przyzwyczaili nas do świetnego sterowania kolegami z defensywy. Niestety w spotkaniu z Evertonem zaliczył dwie olbrzymie wpadki, które nie przystają takiemu klasowemu obrońcy. Również w spotkaniu z Hull obrona Diabłów się nie popisała. Takie proste błędy wpływają demobilizująco na resztę drużyny, czego rezultat widzimy po końcowym gwizdku na tablicy z wynikiem.

Jednak rezultaty, jakie osiągamy nie są winą tylko formacji defensywnej. W końcu, zanim piłka dotrze do ostatniej linii, musi najpierw minąć naszych pomocników. Podczas drugich połów meczów futbolówka bez większych problemów, raz za razem, przechodzi przez środek pola i straszy naszego golkipera. Niestety w przerwie zwykle zasypia cały zespół. No i później przeważnie budzimy się z piłką w nocniku. W linii pomocy, jedynymi zawodnikami, którzy grają na równym, wysokim poziomie są Fletcher, Carrick i Anderson. Największe brawa należą się oczywiście Szkotowi. Jednak przy kiepskiej postawie zespołu, również i oni znikają nam gdzieś z oczu. Ryan Giggs ze względu na swój wiek na skrzydle już nie hasa tak jak przed kilkoma laty, miejmy nadzieję, że odnajdzie się w środku pola. Niestety wiele dobrego nie da się powiedzieć o grze innego środkowego pomocnika – Scholesa. Rudzielec, który obecnie jest kontuzjowany, w tym sezonie grał zdecydowanie poniżej swoich umiejętności. Nani to specyficzny typ – potrafi zagrać świetne zawody, walczyć, odbierać piłkę, efektownie asystować, ale potrafi też zagrać jak trampkarz uprawiając swoje ulubione kick&run. Park spisuje się całkiem nieźle, szczególnie jeśli chodzi o defensywę. Ronaldo zaliczam do napastników, którzy grają bardzo dobrze, szczególnie cieszy szybka aklimatyzacja Berby.

Patrząc na grę United w pierwszych częściach spotkań otrzymamy obraz drużyny zwycięskiej, ekipy mistrzów Anglii z poprzedniego sezonu. Nie brakuje efektownych bramek (trafienie Roo z Boltonem) i asyst (Berbatow z WHU). Niestety po przerwie oglądamy inny United. Parafrazując słowa Billa Shankly’ego: W Manchesterze są dwie drużyny: Manchester United – mistrzowie Anglii i Manchester United – amatorzy.

Przewiń na górę strony