Nie przegap
Strona główna / United to MY! / Ten dzień…

Ten dzień…

Old Trafford
Grudzień zeszłego roku. Po trzygodzinnej podróży autostradą z Bristolu, wysiadamy z samochodu na parkingu pod stadionem Old Trafford. Jest sobota, godzina jedenasta. Leje, jak to w Anglii. Nadszedł dzień, w którym spełniają się marzenia…

Dwa tygodnie wcześniej. Przychodzę do pracy dwie godziny wcześniej, niż zwykle. Jest masa roboty, wobec czego kierownik zarządził poranne nadgodziny. Pracuję w firmie od jakiegoś tygodnia, więc nie znam się jeszcze zbyt dobrze z Marlonem, – kimś w rodzaju brygadzisty – który jest fanem United. Jeden z kolegów zaczyna z nim rozmawiać o wczorajszych meczach Premier League. Rozmowa schodzi na temat Manchesteru.

– Mam dwa wolne bilety na mecz z Derby – wypala nagle Marlon.

Kolega obraca się w moją stronę, sprawdzić, czy słyszałem. Słyszałem. Nie można takiej okazji przegapić. Pytam więc Marlona, co i jak. Dojazd, koszty, tego typu sprawy. Czwórka jego znajomych z karnetami na cały sezon odpuszcza mecz z Derby. Dwa bilety biorą Marlon z synem, dwa są jeszcze wolne. Całość wyniesie mnie czterdzieści funtów, okazuje się. Jestem farciarzem. W Anglii mieszkam od niecałych dwóch miesięcy.

Ponownie grudzień zeszłego roku. Z parkingu Marlon prowadzi nas (mnie, kolegę z pracy i swojego syna) do pubu kibiców United. Deszcz nie przestaje padać, a my, by trafić do pubu, musimy obejść niemal całego molocha, jakim jest Teatr Marzeń. W końcu osiągamy cel wycieczki. Wygląda z zewnątrz tak samo, jak każdy inny angielski pub, o jego wyjątkowości świadczy jedynie wywieszka na drzwiach: „No Away Fans”. W środku już co innego. Masa pamiątek, zdjęć, plakatów w ramach i antyramach, niemal wszystko sygnowane autografami. O godzinie trzynastej pub jest przepełniony i taki zostanie aż do kwadransu przed rozpoczęciem spotkania. Atmosfera jest świetna. Zatrzymuje mnie jakiś starszy, gruby kibic i pokazuje bilet na mecz wyjazdowy Ligi Mistrzów w Rzymie, na który się wybiera w przyszłym tygodniu.

Gdy stoję w kolejce po piwo, (co ciekawe, już rozlana w plastykowe kubki Stella czeka na swoich nabywców) jakiś trzydziestolatek pyta mnie, czy pamiętam zwycięstwo 6-1 nad Arsenalem. Mówi, że to dla niego najbardziej niezapomniany mecz United. Odpowiadam mu wspomnieniem o najbardziej niezapomnianej połowie w wykonaniu United, czterdziestu pięciu minutach, podczas których z 0-3 w meczu z Tottenhamem, wyszli na 5-3. Rozmawiam z kolejnymi osobami. W międzyczasie zaczęły się śpiewy. Pub huczy i pęka w szwach. Wraz z kolegą decydujemy się na wyjście i poszukanie jakiegoś żarła. Jedzenie pod Old Trafford niestety nie jest najsmaczniejsze, o czym miałem przekonać się także i po meczu, kiedy skusiliśmy się na kolejny przysmak w drodze powrotnej na parking. Wchodzimy na stadion.

Okazuje się, że moje miejsce to łuk, cztery siedzenia dzielą mnie od Stretford End. Stadion zapełnia się powoli, Anglicy zjawiają się na ostatnią chwilę i zazwyczaj na pięć minut przed końcem spotkania wychodzą, by dopchać się jak najszybciej do samochodu i uniknąć korków. Na rozgrzewkę tymczasem wybiega Kuszczak. Po nim van den Sar, za chwilę reszta drużyny. Po rozgrzewce w końcu czas na danie główne. Piłkarze wychodzą na boisko. Ferguson idzie na ławkę (swoją drogą, ledwie go wyhaczyłem wzrokiem z mojego miejsca). Teatr Marzeń niezauważenie wypełnił się całkowicie. Na przeciwnym krańcu zasiedli kibice przyjezdni. Ze strony Stretford End ruszył doping. Następnych 90 minut mija, jak wszystko, na co czeka się tak długo – w oka mgnieniu. Widzę rzeczy zarówno nadzwyczajne, niepowtarzalne (Giggsa zdobywającego swoją setną bramkę w Premiership), jak i takie, które zdarzają się co tydzień (Rooneya strzelającego niemal na pustą bramkę i trafiającego w słupek). Szczególny moment nadchodzi, gdy zmienionemu przez Fergusona i zmierzającemu ku szatni Andersonowi, całe Stretford End urządza owację na stojąco (chłopak, na tle niemrawego Carricka, wyróżniał się ogromną ochotą do gry).

Później coraz mocniej padający deszcz i dwa gole Teveza, nagrodzonego przez kibiców gromkim „Argentina, Argentina”. Następnie bramka dla gości – o ile dobrze pamiętam, pierwsza zdobyta na wyjeździe w całym sezonie. Pod koniec meczu kolega odbiera wiadomość i mówi, że Marlon chce, byśmy wyszli pięć minut przed końcem. „Poczekajmy”, proszę i okazuje się, że było warto. Ronaldo z karnego dokłada czwartą bramkę i stawia kolejny krok na drodze do – jak się kilka miesięcy później okazało – historycznego wyczynu strzeleckiego. Koniec meczu, czas uciekać na parking. Na zewnątrz nadal niesamowicie leje. W końcu dobiegamy do samochodu. Wsiadam i mówię Marlonowi.

– Jak mnie w poniedziałek zwolnisz z pracy, nie będę miał żalu. Zabrałeś mnie na mecz United.

Przewiń na górę strony