Nie przegap
Strona główna / Liga Mistrzów / Poprzeczka wisi wyżej

Poprzeczka wisi wyżej

Sir Alex Ferguson
Cyrk wrócił do miasta – Liga Mistrzów 2008/2009 rozpoczęta! Walka o najbardziej prestiżowe trofeum europejskiej piłki klubowej ponownie opanowuje wyobraźnię kibiców. Tym razem Mekką jest rzymski Stadio Olimpico, gdzie w przyszłym roku (a konkretnie 27 maja) zostanie rozegrany finał. Minionej wiosny to my mogliśmy cieszyć się z sukcesu, gdy Manchester United sięgnął po trzeci w swej historii Puchar Europy. Niestety statystyka i historia nie przynoszą nam pocieszających informacji przed obecnym sezonem: od wprowadzenia obecnej formuły i nazwy Ligi Mistrzów, żadnej drużynie nie udało się obronić trofeum. Jak więc mamy zapatrywać się na czekające nas rozgrywki?

Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że o powtórkę osiągnięcia z poprzedniego sezonu nie będzie łatwo. Wiktor Jaszczak stwierdził nawet, że wygranie jakiegokolwiek tytułu w tym roku będzie trudniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Nie wiem, czy zgodziłbym się z aż tak stanowczą – bo odnoszącą się do wszystkich rozgrywek – oceną. Ale jeśli chodzi o samą Ligę Mistrzów, to sir Alexa i jego piłkarzy czeka z pewnością jedno z największych wyzwań w ich karierze. Widzę po temu kilka powodów.

Powtórzyć sukces

W sportowym światku często powtarza się, że pozostać na szczycie jest jeszcze trudniej, niż się na niego wspiąć. Jak już wspomniałem, Liga Mistrzów swoją historią potwierdza tę opinię. Ostatnimi czasy największą regularnością jeśli chodzi o dobre osiągnięcia na europejskiej scenie popisywały się moim zdaniem AC Milan oraz Liverpool. Od sezonu 2002/2003 klub z Mediolanu dwukrotnie sięgnął po Puchar Europy, raz przegrał w finale, a raz odpadł z rywalizacji w fazie półfinałowej. The Reds z kolei w tym samym okresie zdobyli trofeum tylko raz, ale oprócz tego zaliczyli jeszcze jeden finał a także jeden półfinał. Z innych, co bardziej regularnych drużyn, opływająca w pieniądze Romana Abramowicza Chelsea dorobiła się jednego występu finałowego (na nasze szczęście przegranego) oraz trzech półfinałów. Nieco wcześniej dominował Real Madryt, wygrywając Ligę Mistrzów w sezonach 1997/1998, 1999/2000 oraz 2001/2002. Niemniej jednak, nawet te kluby nie były w stanie zwyciężyć dwa lata z rzędu; najbliżsi byli Królewscy, którzy cieszyli się z końcowego triumfu trzykrotnie, ale w dwuletnich odstępach.

Z drugiej strony – kiedyś musi być ten pierwszy raz. Żadna statystyka z pewnością nie zniechęci Fergusona, a jego piłkarze też nie zwieszą głów po spojrzeniu w historyczne tabelki. Tyle, że annały dobitnie pokazują, jak trudne czeka ich zadanie.

Motywacja

Z tym akurat nie powinno być problemu – vide argument Wiktora. Nic dodać, nic ująć. Sir Alex żyje, oddycha i karmi się futbolem, a wiek jak dotąd w żadnym stopniu nie przytępił u niego głodu zwycięstw. Jego entuzjazm i determinacja odciskają swoje piętno na zawodnikach, którzy przywykli do tego, że na Old Trafford „nie ma zmiłuj”: albo chcesz wygrywać i pracujesz na to z całych sił, albo do widzenia. Niestety nawet menedżer pokroju Fergusona nie jest w stanie utrzymać piłkarzy w najwyższej formie przez kilka lat z rzędu, bez żadnych przerw. A Liga Mistrzów, zwłaszcza gdy wejdzie już w fazę pucharową, słabszej postawy nie wybacza. Wystarczy jeden kiepski mecz, i o końcowym triumfie można zapomnieć.

Czy nasza ulubiona drużyna drugi rok z rzędu będzie w stanie za każdym razem zachować koncentrację i odpowiednią dyspozycję? Nie jest to nawet kwestia tego, że piłkarzom przestanie się chcieć wygrywać; z powodów, o których pisałem wyżej, tego się nie obawiam. Ale jeśli drużyny takie jak Manchester chcą przywieźć do domu Puchar Europy, muszą wykazać się wręcz drapieżną determinacją, a tę naprawdę trudno jest w sobie znaleźć, gdy dopiero co osiągnęło się upragniony sukces. Nie zdziwiłbym się, gdyby młodsi piłkarze, jak Ronaldo, Nani, Anderson czy Tevez (którzy, miejmy nadzieję, mają przed sobą jeszcze wiele lat gry na wysokim poziomie) mimo najszczerszych chęci nie byli w stanie utrzymać formy z poprzednich rozgrywek. Żeby była jasność – nie jest to żadne oskarżenie skierowane w ich stronę; jest to po prostu akceptacja faktu, że nie są supermenami i na wahania ich formy może wpływać zarówno sfera fizyczna, jak i mentalna.

Głową w mur

Tak mniej więcej wyglądała moim zdaniem spora część meczy, które Manchester rozegrał w poprzednim sezonie Ligi Mistrzów. Mimo, iż zespół w całych rozgrywkach nie poniósł żadnej porażki, mnie styl gry i sposób przechodzenia do kolejnych rund niespecjalnie przekonywał. Najpierw, w spotkaniach 1/8 finału panowie w czerwieni męczyli się z Lyonem. Remis na wyjeździe – po meczu w którym przeważał raczej mistrz Francji – uratował Tevez, a na Old Trafford skończyło się na skromnym 1:0, choć trzeba przyznać że postawa naszych ulubieńców wyglądała tym razem zdecydowanie lepiej. Ćwierćfinały z AS Romą przyniosły na szczęście nieco bardziej przebojową grę w wykonaniu Man Utd. Niestety z półfinałowych pojedynków przeciwko Barcelonie, po których można było spodziewać się dość ciekawej rywalizacji, też wyszło niewiele dobrego. Jedna, zdobyta na własnym boisku bramka przesądziła o awansie United do finału, a przecież nie od dziś wiadomo, że ekipa z Katalonii żelazną defensywą poszczycić się nie może i z pewnością można było bardziej wykazać się w ofensywie. Na tle całych rozgrywek moskiewski finał sprawiał w sumie nienajgorsze wrażenie: na przemian Czerwone Diabły i The Blues osiągali przewagę i stwarzali sobie sytuacje strzeleckie.

Niemniej jednak, całokształt nie wypadł imponująco – brak odpowiedniej siły przebicia, dłuższymi momentami zbyt statyczne ataki, brak dynamiki, którą United tak zachwycali pod koniec lat 90-tych. Już widzę reakcję wielu kibiców, którzy po przeczytaniu poprzedniego akapitu wzruszają ramionami i stwierdzają: a kogo to obchodzi, skoro jednak wygrali? Sądzę jednak, że jak najbardziej powinno nas to obchodzić, z bardzo prostego powodu. Raz udało się sięgnąć po trofeum nie prezentując zbyt przebojowej czy skutecznej gry, ale o powtórce nie ma co marzyć. Albo Ferguson podrasuje swoją piłkarską maszynerię, albo jego przygoda z Ligą Mistrzów skończy się w tym sezonie wcześniej, niż byśmy sobie tego życzyli.

Mocniejsi rywale

Majowy triumf był możliwy między innymi dlatego, że kilka klubów zazwyczaj zaliczanych do grona faworytów pucharowych rozgrywek przeżywało lekką (a w przypadku niektórych może nawet więcej, niż lekką) zadyszkę. Milan po kilku znakomitych latach zgubił gdzieś solidność i regularność, która pozwalała im odnosić sukcesy w Lidze Mistrzów. Symbolem tego stała się niespodziewana porażka 0:2 poniesiona na San Siro z rąk Arsenalu. Wielkim nieobecnym zeszłorocznej Ligi Mistrzów był Bayern Monachium, który od kilku lat walczy o wygrzebanie się ze sportowego dołka. Dwaj hiszpańscy giganci – Real Madryt i Barcelona – przebrnęli co prawda fazę grupową, ale żaden z nich nie prezentował dyspozycji pozwalającej myśleć o występie w Moskwie. Królewscy musieli poświęcić kilka lat na pozbycie się czkawki, w którą pod koniec swoich rządów wpędził ich prezes Florentino Perez. Poprzedni sezon był dla nich krokiem w dobrym kierunku, ale nie byli jeszcze gotowi do walki z najlepszymi. W stolicy Katalonii natomiast dogorywał sportowy projekt kierowany przez Franka Rijkaarda. Choć Holender nadal miał do dyspozycji swoje największe gwiazdy, to większość z nich nie mogła odnaleźć rewelacyjnej formy, dzięki której 2 lata wcześniej sięgnęli po Puchar Europy. W rezultacie Barca przypominała przysłowiowego kolosa na glinianych nogach, a i tak wytrwała zaskakująco długo. Olympique Lyon także nie imponował formą równie dobrą jak ta, którą prezentował dwa, trzy czy cztery lata temu, gdy regularnie meldował się w ćwierćfinałach. O etatowym zwycięzcy Ligue 1 piszę dlatego, że choć popularnością nie dorównuje może innym wymienianym tu klubom, to mi osobiście imponowała jego gra na europejskich boiskach (że wspomnę zwycięstwo 3:0 nad Realem, kapitalny dwumecz przeciwko PSV w sezonie 2004/2005 lub rywalizację z Milanem rok później). W rezultacie na placu boju zostały angielskie kluby, które potwierdziły opisany wyżej stan rzeczy, zajmując trzy z czterech miejsc w półfinałach.

W tym sezonie sytuacja nie wygląda już tak różowo. Chelsea oraz Liverpool pozostają groźnymi rywalami. Drużyna Rafy Beniteza od kilku już lat notorycznie „zawala” Premier League, a w rozgrywkach pucharowych i tak się liczy. Najwyraźniej trenerska wiedza i intuicja Hiszpana ukierunkowane są bardziej w kierunku kontynentu, niż wyspy. Tak czy inaczej, nie widzę powodu dla którego najbardziej utytułowany angielski klub miałby przedwcześnie wypaść z rozgrywki o główną nagrodę. Zagrożenie z Londynu będzie moim zdaniem jeszcze większe, niż dotychczas. Wierzcie mi lub nie, ale od pewnego momentu miałem wrażenie, że pod wodzą Jose Mourinho Niebiescy nie podbiją Europy, nawet jeśli na domowym podwórku będą bezkonkurencyjni. Nawet wyśmiewany przez niektórych Avram Grant osiągnął większy sukces niż Nadęty Józek, doprowadzając swoich podopiecznych do finału. Sądzę, że Luis Felipe Scolari, który latem zawitał na Stamford Bridge, może znaleźć brakujący do sukcesu element układanki i sprawić, że Chelsea będzie szalenie trudnym rywalem dla każdego.

Na południu Starego Kontynentu sprawy wydają się być dość niejasne. Z jednej strony w sezonie 2008/2009 Liga Mistrzów grać będzie bez AC Milanu, a więc ponownie (tak, jak wcześniej Bayern) ubywa jeden z faworytów. Z drugiej zaś, hiszpańskie kluby mają wszelkie predyspozycje po temu, by zaprezentować się lepiej, niż w poprzedniej edycji. Z Madrytu wyprowadził się co prawda Robinho, ale za to przybył Rafael van der Vaart. Skład Los Blancos zaczyna prezentować się naprawdę nieźle, a ponadto Bernd Schuster miał nieco czasu, by zbudować na Santiago Bernabeu lepiej wyważony i współpracujący kolektyw. W mieście Gaudiego miejsce Rijkaarda zajął szanowany przez kibiców Josep Guardiola. Oprócz zmiany szkoleniowca, zespół przeszedł też znaczące przemeblowanie kadrowe. Na Camp Nou nie ma już Ronaldinho i Deco oraz kilku innych piłkarzy. Zamiast nich przybyli między innymi Dani Alves, Gerard Pique, Seydou Keita czy Aleksandr Hleb. Nowi piłkarze, większa dyscyplina narzucona przez Guardiolę oraz modyfikacje w systemie gry mają pomóc Barcelonie powrócić na szczyt. W ocenach jej szans na ten sezon byłbym raczej ostrożny, bo przebudowa drużyny zazwyczaj zajmuje nieco więcej czasu. Mimo tego, Blaugrana już teraz może stanowić większe zagrożenie, niż rok temu. Na scenę powraca Bayern, który – jak na przedstawiciela niemieckiego futbolu przystało – zawsze jest rywalem niewygodnym. I chociaż rzeczywiste możliwości ekipy z Bawarii są dla mnie w tej chwili zagadką, na wszelki wypadek i tak trzeba zaliczyć ją do grona potencjalnych faworytów. Bo na końcu i tak zawsze wygrywają Niemcy…

Krótko mówiąc: przed Manchesterem duże wyzwanie. Statystyki i przewidywania na papierze to tylko jedna część zagadki. Ta druga rozstrzyga się na boisku, nierzadko wbrew historii, notowaniom bukmacherów i zdrowemu rozsądkowi. Czy Manchester złamie regułę i zapisze się w annałach Ligi Mistrzów jako pierwszy klub skutecznie broniący trofeum? Jeśli tak się stanie, będę pełen podziwu dla Fergusona i zawodników. Byłoby to wielkie osiągnięcie godne wielkiego klubu.

Przewiń na górę strony