Nie przegap
Strona główna / Zawodnicy / Rezerwowi – siła drużyny

Rezerwowi – siła drużyny

John O'Shea i sir Alex Ferguson
Zazwyczaj wchodzą na boisko na kilkanaście minut. Z ławki oglądają swoich kolegów w akcji i zazdroszczą im pozycji w zespole. Podczas, gdy pierwszy skład zbiera laury za trofea, oni pozostają w cieniu i po chichu liczą, iż w końcu doczekają się swojej chwili sławy. Rezerwowi, bo o nich mowa, są jednak ważniejsi niż nam się wydaje.

Z powodzeniem mogliby występować w innym zespole, pozostają jednak wierni klubowym barwom. Zwykle są niedoceniani przez szerszą publikę, gdyż deficyt występów na boisku przeszkadza im w zabłyśnięciu i przekonaniu kibiców o swoim talencie.

Problemu rezerwowych nie ominiemy również w przypadku Manchesteru United. Wielki, utytułowany klub z bogatą historią, pełen znakomitych graczy decydujących o obliczu zespołu. Denis Law, Bobby Charlton, George Best, Eric Cantona, Roy Keane, Paul Scholes, Ryan Giggs – wszystkie te osobistości wymieniamy jednym tchem mówiąc o najwybitniejszych zawodnikach, jacy kiedykolwiek zagrali na Old Trafford.

W takim klubie jak United, dysponującym znakomitym materiałem ludzkim, przebicie się do pierwszego składu wymaga nie lada wysiłku, determinacji, umiejętności i talentu. Zawodnik, który raz po raz otrzymuje szansę gry w podstawowej ’11’ zauważa, iż ciężka praca popłaca i dostaje w ten sposób zastrzyk energii. Co jednak z piłkarzami, którzy rzadko wybiegają na boisko, często tylko na kilka minut, a o ich występie świadczą jedynie suche dane w sprawozdaniach i protokołach meczowych?

And Solskjaer has won it!

And Solskjaer has won it! Manchester United have reached the promised land!

Ole Gunnar SolskjaerPierwszy zawodnik jaki przychodzi mi na myśl to oczywiście Ole Gunnar Solskjaer. Sytuacja Norwega przedstawia się jednak nieco inaczej niż w przypadku zawodnika, który wiecznie grzeje ławę. Jego siłą było właśnie to, że wchodził na ostatnie 20 minut spotkania i wtedy przesądzał o jego losach. Taki człowiek to prawdziwy skarb dla każdego trenera. Zasłynął głównie tym, iż strzelał bramki w ostatnich minutach meczów, zapewniając nam zbawienny remis lub zwycięstwo. Gdzie byłoby teraz United, gdyby nie Ole do spółki z Sheringhamem? Odpowiedź na to pytanie to oczywista zabawa w gdybanie, ale można powiedzieć na pewno, iż byśmy mieli w dorobku o jeden Puchar Europy mniej.

Ole strzelił gola w swoim debiucie przeciwko Blackburn, oczywiście wchodząc na boisko z ławki rezerwowych. Brytyjskie media okrzyknęły go „zabójcą o twarzy dziecka” ze względu na jego młodzieńczy wygląd i mordercze wykańczanie akcji. Jednym z jego największych osiągnięć było strzelenie 4 bramek w ostatnich 12 minutach spotkania z Nottingham Forrest. Co by jednak nie mówić o Norwegu, najbardziej zapamiętamy go z finału Ligi Mistrzów 1999, umieszczającego piłkę w siatce Bayernu Monachium. Przeżyjmy to jeszcze raz:

Darren Fletcher

Wszyscy gracze wiedzą jak znakomitym piłkarzem jest Fletch. Miał pecha, iż często nie grał w ostatnim sezonie, ale należy mu się uznanie za swoją wytrwałość. Nigdy nie narzeka, po prostu codziennie ciężko trenuje i zasługuje na swoją szansę bardziej niż ktokolwiek inny. Zawsze, kiedy występuje jest fantastyczny, co pokazał przeciwko Arsenalowi w Pucharze Anglii. To było niewiarygodne, patrzeć jak sobie radzi na boisku, pomimo braku gry przez kilka miesięcy” – Paul Scholes.

Darren FletcherMimo najwyższego uznania jakim cieszy się Fletcher w oczach kolegów, nie było mu dane do tej pory zagościć na stałe w pierwszym składzie United. Gdy w lutym 2001 roku podpisywał profesjonalny kontrakt w Manchesterze, był widziany jako prawy pomocnik. Magazyn Shoot Monthly wytypował go jako następce Davida Beckhama, którego w tym czasie transferowe pogłoski łączyły z FC Barceloną. Przez wielu był uważany jako murowany kandydat do podstawowej 'jedenastki’ na Old Trafford.

W tym okienku transferowym Darren jest łączony z Evertonem. Przenosiny do Liverpoolu z pewnością stworzyłyby mu więcej okazji do grania i z miejsca stałby się jednym z lepszych zawodników na Merseyside. Miałby możliwość występów w klubie, który wciąż się rozwija i nieśmiało puka do bram, nietykalnej jakby się zdawało, Wielkiej Czwórki. Tymczasem w Manchesterze o miejsce w środku pomocy zmaga się z Hargreavesem, Scholesem, Carrickiem oraz Andersonem i szanse na zagoszczenie na stałe w podstawowym składzie Czerwonych Diabłów wydają się być coraz mniejsze. Podczas gdy, sezon 2006/2007 zakończył z przyzwoitą liczbą 16 spotkań ligowych rozpoczętych w wyjściowej jedenastce, w minionych rozgrywkach Premier League wybiegał na boisko od pierwszej minuty już tylko pięciokrotnie.

Pomimo tego, iż Ferguson jest fanem piłkarskiego talentu swojego rodaka, Darren wciąż pozostaje zawodnikiem, który występuje pełne 90 minut tylko wtedy, gdy pierwszoplanowi gracze muszą pauzować za kartki lub są kontuzjowani. Wówczas właśnie pokazuje, co najlepszego ma do zaoferowania naszej drużynie. Wystarczy wspomnieć chociażby spotkanie z Chelsea w 2005 roku, wspaniałą grę i zwycięski gol Fletchera, który przerwał passę londyńczyków 40 meczów porażki. 7-1 z Romą w Lidze Mistrzów i 4-0 z Arsenalem w Pucharze Anglii to dwie wielkie victorie Manchesteru, w których olbrzymią rolę odegrał Szkot.

Grabież na Anfield: „And John O’Shea has done it!”

John O'SheaW artykule dotyczącym rezerwowych z krwi i kości nie mogło oczywiście zabraknąć Johna O’Shea. Irlandczyk w naszej drużynie to typowa zapchajdziura: może zagrać w środku obrony, a także na jej prawej i lewej stronie, oraz w pomocy. Gdy sytuacja tego wymaga gotów jest również założyć bramkarskie rękawice i stanąć pomiędzy słupkami. W sytuacjach kryzysowych John to nasz dodatkowy napastnik. Taki zawodnik to po prostu skarb dla trenera. Gdzie Diabeł nie może, tam O’Shea pośle, chciałoby się powiedzieć.

Wielu obserwatorów uważa go za przeciętnego gracza, którego poziom umiejętności jest niewystarczający do reprezentowania United. Owszem, zawodnicy, jakimi obecnie dysponujemy na każdej pozycji (bo przecież John może grac wszędzie ;-)) znacznie utrudniają szanse gry Irlandczyka w pierwszym składzie. Mimo tego, iż O’Shea nie prezentuje światowej klasy, jest jednym z moich ulubionych Diabłów.

Dlaczego? Jak można nie cenić tak wszechstronnego zawodnika, który w dodatku ratuje nam skórę w najważniejszych momentach? Tak jak kiedyś talizmanem Fergusona był Solskjaer, tak teraz może nim się stać O’Shea. Przypomnijmy sobie zatem chwile, w których John był bohaterem Manchesteru.

4 luty 2007, United gra wyjazdowe spotkanie z Tottenhamem. Van der Sar doznaje kontuzji i musi zejść z boiska. Tymczasem, Sir Alex dokonał już w spotkaniu wszystkich zmian. Wygrywaliśmy 4:0 i nie było już obaw, iż możemy przegrać ten mecz, ponieważ do końca gry zostało tylko kilka minut. W szeregach Diabłów trwa ożywiona dyskusja i w końcu to nasz bohater staje między słupkami. John okazuje się być dobrym wyborem: wychodzi zwycięsko z pojedynku sam na sam z Robbie Keanem. Do dzisiaj pamiętam Rooneya, który siedząc na ławce rezerwowych, był bardzo rozbawiony zaistniałą sytuacją:

Tak wspomina tamto wydarzenie O’Shea:

„To było lekko stresujące, szczególnie kiedy Tottenham wykonywał rzut rożny zaraz po tym jak wszedłem do bramki.

Zawsze kiedy byli przy piłce, tłum krzyczał: „strzelaj!”. Kiedy zobaczyłem Robbiego Keane’a samotnie podążającego w moją stronę, pomyślałem, że kopnie piłkę pomiędzy moimi nogami. Na szczęście, dałem sobie radę!”

Dwa miesiące później Irlandczyk znów podbił serca fanów. Na Anfield Road, przed samym The Kop strzelił zwycięska bramkę dla United w doliczonym czasie gry. W meczu z Evertonem, zdobył kontaktowego gola na 2:1 i tym samym rozpoczął odrabianie strat przez Czerwone Diabły.

Na koniec chciałem również dodać, iż w sezonie 2006/2007 wszystkie strzały jakie oddał były celne, a 80% z nich zakończyło się bramką. Do tej pory ma na swoim koncie 9 strzelonych goli w barwach United – tyle samo, ile dla Chelsea uzbierał Andriy Szewczenko, za którego Abramovich zapłacił 30 mln funtów…

Wymienieni przeze mnie zawodnicy dzielnie znosili rolę rezerwowych, jaka przypadła im w zespole. Nie psuli atmosfery w szatni, wspierali (i dalej wspierają) kolegów, którzy częściej niż oni wybiegali na boisko. Jednocześnie, cierpliwie wyczekiwali swojej szansy na zaistnienie i ciężko pracowali na treningach, aby w końcu zaskarbić sobie zaufanie trenera.

Siedzenie na ławie może być naprawdę przygnębiające, tym bardziej należy się uznanie dla tych zawodników. Co więcej, zarówno Ole, jak i Fletcher oraz O’Shea z powodzeniem znaleźliby miejsce w pierwszym składzie w którymś z zespołów Premier League. Oni jednak wybrali Manchester United. W obecnym czasach, taką lojalność wobec klubu przejawiają tylko piłkarze, którzy bardzo mocno utożsamiają się z zespołem. Bycie częścią teamu Czerwonych Diabłów rekompensuje im skromną liczbę spotkań w jakich występują. Znamienne są tutaj słowa Tomasza Kuszczaka:

„Mogłem iść do innego klubu, grać 35 meczów w sezonie i mówić, że jestem podstawowym bramkarzem. marzyłem jednak o grze w najlepszym klubie na świecie – Manchesterze United. Jeden mecz w tym zespole jest jak 10–20 pojedynków w innym.”

Jak w tym towarzystwie wypada Ruud van Nistelrooy czy Gabriel Heinze, którzy dostali much w nosie, gdy musieli walczyć o miejsce w pierwszym składzie? Moim zdaniem, ich gwiazdy w ogóle nie świecą, a niebo w Manchesterze i Madrycie zawsze będzie dla nich zachmurzone. Niech żyje Ole i spółka!

Przewiń na górę strony