Nie przegap
Strona główna / United to MY! / United to MY! – Natalia

United to MY! – Natalia

Muszę przyznać, że moja miłość do Manchesteru United rozpoczęła się, na swój sposób, zupełnie podświadomie. Odkąd tylko pamiętam, wiele wtorkowych i środowych wieczorów mój tata spędzał przed telewizorem oglądając mecze Ligi Mistrzów. Dla mnie nie miało to wówczas żadnego znaczenia. Nie miałam pojęcia, o co chodzi w piłce nożnej; nie znałam żadnych drużyn ani zawodników. Zazwyczaj rozkładałam się gdzieś w pobliżu niego z moimi zabawkami, a na ekran spoglądałam tylko wtedy, gdy komentatorzy krzyczeli wyjątkowo głośno, lub gdy mój tata rzucił jakąś kąśliwą czy dowcipną uwagę na temat konkretnego zawodnika.

Pamiętam pewien majowy wieczór, 9 lat temu. Tak jak zawsze tata oglądał mecz, a ja bawiłam się tuż obok. Nie wiedzieć czemu, ten mecz otaczała jakaś zupełnie inna atmosfera niż w wypadku wszystkich innych rozegranych do tej pory. Był o wiele ważniejszy, jakiś bardziej podniosły. Niedługo po rozpoczęciu spotkania komentator zaczął głośno krzyczeć, padła jakaś ważna bramka. Jego wrzaski na tyle mnie zaciekawiły, że postanowiłam zerknąć na ekran. I w ten sposób zobaczyłam scenę, która zapadła mi w pamięć najbardziej ze wszystkich piłkarskich scen w życiu. Scenę, która na dobrą sprawę zmieniła mój sposób postrzegania futbolu i wywołała moje nim zainteresowanie. Otóż trafiłam akurat na powtórkę akcji zakończonej przed chwilą bramką. Jakiś koleś w srebrnej koszulce – o dziwo, nie biegł z piłką, tylko stał przed nią w miejscu – kopnął piłkę w kierunku bramki. Przed nim stał rządek zawodników w czerwonych koszulkach. W momencie, gdy „ten srebrny” wykonał strzał, „czerwoni” podskoczyli wszyscy równocześnie. Odniosłam wrażenie, że trzymali się przy tym za ręce. Padła bramka, „srebrni” się cieszyli, ci drudzy skakali po boisku trzymając się za ręce…. Szaleństwo. Cała sytuacja strasznie mnie rozbawiła. To ma być ta wspaniała piłka nożna?! Faceci podskakujący w objęciach?!

Od tamtej chwili zaczęłam jednak patrzeć na ekran coraz częściej, chcąc wyłowić kolejne „momenty”. Zapytałam tatę, czy cieszy się z bramki. On powiedział mi na to, że nie, bo jest za „czerwonymi”. Przyjrzałam się obu ekipom i po pierwszej połowie meczu miałam już wyrobioną opinię. JA TEŻ WOLĘ CZERWONYCH. Bo mają ładniejsze koszulki. Bo co to jest za kolor srebrny. Phi. No i ci czerwoni tak bardzo się starają, chociaż im nie wychodzi. I jeszcze słowa taty: „kibicuje się tym, którzy przegrywają„. A do tego wszystkiego wydawali mi się tacy sympatyczni… Odniosłam wrażenie, że chociaż są tak daleko, są jacyś tacy bliscy…

Wkrótce potem mama zagoniła mnie do łóżka, bo następnego dnia wstawałam rano do szkoły. Nie oponowałam – w końcu piłka nożna w ogóle mnie nie interesowała.

Dopiero po kilku latach dowiedziałam się, że mój pierwszy obejrzany z zainteresowaniem mecz to był właśnie jeden z najsłynniejszych i najpiękniejszych finałów najbardziej prestiżowych rozgrywek piłkarskich, Ligi Mistrzów. Że ci srebrni to był Bayern Monachium, a ci fajni w czerwonym to był Manchester United. Gdybym została na meczu do końca i obejrzała tę niesamowitą końcówkę, pewnie już wtedy pokochałabym futbol i zapałała sympatią i podziwem dla tych czerwonych czarodziejów, którzy w ostatnich minutach dokonali cudu. Ale moja miłość do Manchesteru United miała się narodzić dopiero po wielu innych przygodach.

Jesienią rozpoczęły się kolejne seanse we wtorki i środy. Stały się dla mnie i dla taty swoistym zwyczajem, częścią naszego paktu. Oglądaliśmy mecze, tata tłumaczył mi zasady gry, próbował wyjaśnić, co to jest spalony, choć przyznam, że ten element szedł mi dosyć opornie ;>. Poznawałam nazwy klubów, zaczynałam rozróżniać ich sposób gry. Uczyłam się mimowolnie nazwisk piłkarzy, tata opowiadał mi historie o wielu z nich, żartowaliśmy sobie z ich nazwisk czy nieudanych zagrań. Mijały kolejne sezony.

Pamiętam, że pierwszą drużyną, jaką udało mi się rozpoznać, była ekipa w czerwonych koszulkach. Znów to samo wrażenie, że są tacy bliscy, mimo tego, że grają tak daleko stąd. Po kilku spotkaniach wiedziałam już, że są najfajniejsi ze wszystkich drużyn, jakie oglądałam. Zaczęłam ich rozpoznawać po samym sposobie gry. Nikt nie grał tak cudownie jak oni. Atakowali, biegali po całym boisku, tworzyli piękne, uskrzydlone akcje. Zachwycali mnie. Zapamiętywałam ich piłkarzy, miłych, zwyczajnych ludzi. No i tata też ich lubił. Byli jedyną drużyną, którą umiałam odróżnić od reszty.

Bardzo lubiłam też Real Madryt, Barcelonę (ulubiony klub taty), Bayern Monachium (pozostałość po tamtym finale), Liverpool. Mimo tego, że ci ostatni też grali w czerwonych koszulkach, potrafiłam zawsze bez problemu wyodrębnić Manchester. Rozpoznawałam ich po prostu po niepowtarzalnym stylu gry. Dziesięcioletnia dziewczynka, która nie wiedziała, o co tak naprawdę chodzi w rzutach wolnych, potrafiła po sposobie prowadzenia akcji odróżnić swoją ulubioną drużynę. Moim ulubionym zawodnikiem był Ole Gunnar Solskjaer. Bo miał śmieszne nazwisko, a do tego tata nazywał go „superrezerwowym” i myślałam, że to jakieś wymyślone, zabawne słowo. No i był taki dziecinny, taki śmieszny; zawsze widziałam, jak wchodził na boisko pod koniec meczów i strzelał bramki. Muszę przyznać, że nieco bałam się Ryana Giggsa. Bo był taki perfekcyjny, bezwzględny w tym, co tak dobrze robił. To czyniło go nawet odrobinę nieludzkim, ale wciąż bardzo go lubiłam. Oczywiście David Beckham, ulubiony piłkarz, ikona Manchesteru United, nadawał polotu wszystkiemu, co robili. Paul Scholes, niepokorny walczak, brzydal i obiekt docinek mojego taty, które mnie zawsze bawiły i bardzo pozytywnie do niego nastawiały. Bracia Neville’owie stali się symbolem wierności i lojalności wobec klubu, jednego przez całe życie. Podziwiałam to, że byli wychowankami i z takim oddaniem oboje grali dla jednej drużyny. I chociaż tata wytrwale odwodził mnie od tego pomysłu, tak w głębi serca pozostawałam przekonana, że Oliver Neuville był trzecim bratem. Ach, no i Roy Keane, jednocześnie śmieszny i przerażający, od razu budzący głęboki szacunek. Zawsze walczący do końca, dyrygujący całą grą, ochrzaniający i przeciwników, i kolegów z drużyny. Człowiek z krwi i kości. Był moim największym autorytetem i pozostaje nim do dziś.

Ci ludzie tworzyli mój wspaniały Manchester, uczyli mnie tego, czym powinna być drużyna piłkarska i o co tak naprawdę chodzi w tej grze. Byli moimi bohaterami, mistrzami. Uczyli wierności, oddania; tego, że trzeba kochać to co się robi, że trzeba umieć to robić perfekcyjnie, ale i dodawać swojej pracy chwały i polotu. Że w piłce chodzi o lojalność wobec klubu, o pasję i nieustępliwość. Roy Keane nauczył mnie dawać z siebie wszystko i zawsze walczyć do końca. I tym wciąż jest dla mnie Manchester United. Pięknie, ofensywnie grającą drużyną, w której chodzi o coś więcej, niż tylko o sukcesy i która zawsze, zawsze wierzy.

To były łatwe, mało wymagające ode mnie lata nauki, poznawania piłkarskiego świata. I kiedy nadszedł 2003 rok, byłam już obeznana we wszystkim, mniej więcej rozumiałam istotę spalonego, miałam swoje piłkarskie sympatie i antypatie oraz zbiór własnych poglądów na temat różnych drużyn i ich stylów gry. Do tej pory kibicowanie Manchesterowi ograniczało się do oglądania z większym zaciekawieniem niż innych meczów, w których występowali, i oczywiście trzymania za nich kciuków. Nie wiedziałam, co działo się z drużynami, które przegrywały w turnieju. Dopiero sezon 2002/2003 był bardziej świadomy. Zdawałam sobie sprawę z tego, że z rozgrywek można odpaść na różnych etapach, że walczy się o mistrzostwo Europy, no i że każdy kraj ma swoją własną ligę.

Nadszedł moment ostatecznego wyboru. W ćwierćfinałach Manchester United miał grać z Realem. Dwie moje ulubione drużyny w spotkaniu okrzykniętym „przedwczesnym finałem„. Wiedziałam, że muszę ostatecznie opowiedzieć się po jednej ze stron. Nie zastanawiając się nad tym zbyt długo, wybrałam United. I tak zaczyna się w pełni świadoma miłość do nich. Pierwszy, upokarzający mecz przegrany na Santiago Bernabeu. I cudowny, piękny rewanż na Old Trafford. To była moja pierwsza wiara w United jako ich kibica. Wiara do każdej kolejnej bramki. Wiedziałam, że się uda wywalczyć awans. Bo – tak jak w tych wszystkich meczach do tej pory – Czerwone Diabły nie były drużyną gwiazd związanych z klubem kontraktami. Nie znałam plotek transferowych, nie myślałam o sprawach finansowych. To byli po prostu Moi Mistrzowie, którzy z każdym potrafili wygrać. I jak pokazały mi wszystkie mecze z ich udziałem, zawsze umieli wyjść zwycięsko z najgorszych opresji.

Tym razem się nie udało. Nie bolało to wtedy tak bardzo, jak boli teraz. Rozpoczęła się ta słynna saga związana z transferem Davida Beckhama. Byłam pewna, że moja ikona wierności pozostanie w swoim ukochanym klubie. Stało się inaczej. Przeżyłam to tak bardzo, że wpadłam w dosyć długą depresję. Wtedy właśnie straciłam wiarę w ludzi, zrozumiałam, że nie można wierzyć wszystkim w to, co mówią. Zdrada Beckhama dla znienawidzonego po tamtych ćwierćfinałach Realu, była również porządną lekcją życia. Miałam przez chwilę dylemat, czy nie podążać za moim ukochanym zawodnikiem dalej, do Realu, bo bez niego Manchester nigdy nie będzie taki sam. Ale stwierdziłam, że oni mnie potrzebują. Że ja nie zdradzę ich tak, jak zrobił to Becks. Zostałam. Pomogli mi z czasem odzyskać wiarę w świat i w ludzi. Pokazali swoją jedność mimo utraty tak ważnego zawodnika jak David Beckham. Udowodnili, że klub jest czymś o wiele większym niż sława pojedynczego piłkarza.

A rok później, walcząc z Porto w 1/8 Ligi Mistrzów, wierzyłam w nich świadomie po raz pierwszy w życiu. Widząc, jak w rewanżu na Old Trafford do upadłego walczą w końcówce o bramkę i o awans – na przekór leżącym na ziemi, nurkującym i symulującym zawodnikom Porto i wydzierającym nam awans sędziom – zrozumiałam, że to do nich należę. Odpadnięcie z LM bolało, ale ich wiara w to, że zdołają wygrać w ostatnich minutach meczu, uświadomiła mi, że są naprawdę wyjątkowi.

Ten mecz dał mi siłę, bym sama walczyła w życiu ze wszystkim przeciwnościami. Na United spadła olbrzymia fala krytyki, musieliśmy razem stawić czoła docinkom, kpinom, zarzutom. I daliśmy radę. To wtedy zaczęłam kochać Manchester United i obiecałam sobie – i im – że zostanę z nimi bez względu na wszystko.

Zaczęłam śledzić rozgrywki ligowe, z każdym sezonem coraz dokładniej i coraz głębiej. 26 maja 2008 minęło 9 lat od mojego pierwszego spotkania z United. 9 lat, z których co najmniej 5 przeżyłam w pełni świadomie razem z nimi. Było wiele ciężkich momentów, ale lekcje jakie dało mi odejście Beckhama oraz dramatyczna walka z Porto w ostatnich minutach tamtego meczu na Old Trafford sprawiły, że potrafiliśmy je przetrwać. Czuję się częścią tej społeczności. Ważną rolę w moim pokochaniu United odegrały rozgrywki Ligi Mistrzów. Dlatego przez wiele lat czekałam właśnie na taką chwilę, w której wzniesiemy Puchar Europy.

Myślę, że te wszystkie lata spędzone z United były też wielkimi lekcjami wiary. Wiary, która łączy nas wszystkich w najmniej oczekiwanych momentach i sprawia cuda. To właśnie wiara wygrała nam wszystkie finały Ligi Mistrzów. Nie mam wątpliwości, że to ona niosła naszych czerwonych przodków w 1968 roku. I nic innego, jak tylko wiara pozwoliła Teddy’emu i Ole strzelić te dwie bramki w ostatnich minutach finałowego meczu LM w 1999 roku. I tylko dzięki naszej wierze John Terry poślizgnął się strzelając karnego 21 maja 2008.

Bo w tym momencie, kiedy John Terry podchodził do piłki, by zadać nam ostateczny cios, Czerwone Diabły znów stały się Moimi Mistrzami. Tymi, którzy tak jak kiedyś, potrafili zrobić wszystko. I tak jak wtedy, gdy mój świat był prosty, a futbolem nie rządziły pieniądze, transfery i konflikty, byli jedynymi ludźmi, dla których nie istniały rzeczy niemożliwe. Zrobiliśmy to razem.

Bo United to także i my.

Przewiń na górę strony