Nie przegap
Strona główna / Legendy / Legendy: Stephen „Steve” Bruce.

Legendy: Stephen „Steve” Bruce.

Legendy: Stephen 'Steve' Bruce

„W efekcie kiedy przyszedł z Norwich City w grudniu 1987r. wszystkie brwi były uniesione. Zdziwienie malowało się na twarzach po tym, jak menedżer Czerwonych Diabłów znalazł silną i wspaniałą alternatywę dla uzdolnionego, ale mało wytrzymałego Paula McGratha”.

Tak o przyjściu na Old Trafford Stephena Bruce’a czytamy na jednej ze stron internetowych. Czy jednak ten transfer do tak dobrego klubu mógł być dużym zaskoczeniem? Kiedy Alex Ferguson został powołany do odbudowy zespołu z Old Trafford, postanowił odbudować go od podstaw. A cóż jest podstawą dobrej drużyny, jeśli nie obrona? To defensywa jest integralną formacją na boisku – bez niej i najlepszy bramkarz na świecie będzie zwykłym golkiperem, i najlepsi pomocnicy czy napastnicy nie będą mieli dobrze wyprowadzonej piłki choćby na mordercza kontrę. Ferguson o tym wiedział, dlatego zdecydował się najpierw poukładać „tyły”. Tu z kolei jako kluczowego zawodnika umiejscowił sobie gracza Kanarków – Stephena Bruce’a. I trzeba powtórzyć po raz tysięczny – znowu miał nosa.

Początki.

Stephen Bruce urodził się 31 grudnia 1960 roku w angielskim Corbridge. Od małego fascynował się piłką nożną. Często wślizgiwał się na stadion Newcastle, by oglądać mecze swojego ukochanego zespołu, ale nie musieć za to płacić. Gdy trochę podrósł, zapisał się do Wallsend Boys Club. Jednak był to słaby klub, przytłoczony nieco przez inne zespoły. Bruce, któremu niemal non stop wmawiało się, że nie ma piłkarskiego talentu, postanowił więc zatrudnić się w miejscowej stoczni. W tym samym czasie dostał tez ofertę od trzecioligowego Gillingham. Pojechał na testy, a że nie było żadnych przeszkód i zespół z Kent chętnie widział Anglika w swoim składzie, Stephen zrezygnował z wcześniejszych zamiarów „normalnej” pracy i postanowił spróbować jeszcze raz z piłką nożną. Tam zaś poznał Billa Collinsa, który wywarł największy wpływ na jego sportową karierę.

W pierwszym sezonie w trzeciej lidze młody Anglik, mimo że grał na obronie, strzelił aż 18 bramek. Od tamtej pory wybiegał na boisko regularnie i z biegiem czasu piłkarz The Gills mógł się pochwalić nieco ponad 200 rozegranymi spotkaniami i 29 bramkami. Po około 6 latach Steve ściągnął na siebie spojrzenia klubów usytuowanych nieco wyżej ligowo. Jednak to Norwich City nie zawahało się ani przez chwilę i ściągnęło do siebie 24-letniego obrońcę za kwotę około 130 tysięcy funtów.

Kanarek.

Radość Bruce’a z przejścia do lepszego klubu nieco przygasła już na samym początku. Każdy zawodnik marzy bowiem o wiekopomnym debiucie, który zostanie zapamiętany na wiele lat. I on też o takim marzył. Los jednak spłatał mu figla, bo w pierwszej minucie debiutanckiego meczu z Liverpoolem, Steve strzelił tzw. „swojaka”. Ale to był tylko mały falstart. Bruce był zawodnikiem naprawdę bardzo dobrym, podstawowym, bez którego Kanarki z pewnością nie grałyby tak dobrze, jak miało to miejsce. I, co najważniejsze, Steve rzadko zamykał się w swojej formacji na boisku. Lubił nieco wybiegać, nieco „namieszać”. Być może był to nawyk jeszcze z Gillingham? W końcu 18 bramek nie wzięło się z powietrza. Już w swoim pierwszym sezonie w Norwich, Steve strzelił ważnego, bo zwycięskiego gola przeciwko Ipswich w półfinale ligowego pucharu. W finale Kanarki trafiły na Sunderland. Jednak paradoksalnie w meczu na Wembley to nie Koty zjadły Kanarki, a Kanarki zjadły Koty. Mecz zakończył się wynikiem 1:0 na korzyść Norwich, a Steve Bruce został wybrany graczem meczu.

Jednak radość wymieszała się ze smutkiem. Steve, choć doceniony w finale i wybrany na piłkarza roku, musiał oglądać spadek swojej drużyny do drugiej ligi. Można chyba powiedzieć, że nie był to do końca tak fatalny sezon – Bruce był zawodnikiem młodym, nadal nazywany piłkarzem bez talentu, ale promującym swoją osobę w sposób zaskakująco szybki. Jego promocja była na tyle popisowa, na ile to on był kluczowym piłkarzem w przywróceniu Norwich do pierwszej ligi. Wszyscy zgodnym chórem wołali, że to on przywrócił im ekstraklasę. Niesiony dopingiem najstarszej angielskiej pieśni kibiców On the ball, City, Bruce odwalał kawał świetnej roboty i w trzecim sezonie od dołączenia do klubu, poprowadził swoją drużynę do najwyższego w historii miejsca w lidze. Norwich zajęło 5. miejsce w angielskiej ekstraklasie w sezonie 1986/87 – co ciekawe, wyprzedzili Manchester United, który wtedy zajął odległe 11. miejsce w lidze. Ale to właśnie wtedy Bruce przyciągnął na siebie spojrzenia naprawdę wielkich klubów. Najbardziej konkretny być Alex Ferguson i wobec minionego sezonu może było nieco dziwne, że Bruce zgodził się na zmianę klubu. Ale zrobił to.

Czerwone Diabły.

Steve Bruce18 grudnia 1987 roku Stephen Bruce przeszedł dla Manchesteru United za kwotę około 800-825 tysięcy funtów. Już dzień później dostał okazję debiutu. Był to mecz przeciwko Portsmouth, który zakończył się wygraną United 2:1 po golach Robsona i McClaira oraz… złamanym nosem Stephena, które to złamanie było w gruncie rzeczy zapowiedzią jego bojowego charakteru i „znakiem firmowym”, powtarzającym się co jakiś czas. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, Manchester United na koniec tegoż sezonu uplasował się w tabeli zaraz za Liverpoolem. Widać było, że Fergie powoli odbudowuje starą dobrą drużynę. Dwa lata później do Czerwonych Diabłów dołączył Gary Pallister i tym sposobem koncept Fergusona na obronę niemal sięgnął ideału. Mieliśmy jeden z najlepszych w historii duet obrońców nie tylko w Anglii. Sam Stephen był skałą nie do przejścia. Genialnie kontrolował piłkę, grał z przemyśleniem, świetnie taktycznie. To on miał stanowić wzór dla kolegów i być filarem drużyny. Niesamowicie zmotywowany, zawsze żądny walki do ostatniej sekundy, wyrósł na niemalże herosa, godnego naśladowania i stanowiącego o duchu drużyny. Był na tyle zdeterminowanym piłkarzem, że często grał z kontuzjami, które nie obniżały jego sprawności niemal wcale. Inni piłkarze położyliby się na kozetce, wzięli sobie wolne na dwa mecze, ale nie Bruce. Na szczęście nigdy nie musiał walczyć z konsekwencjami swoich czasami niezbyt odpowiedzialnych decyzji. Swoją odwagą i walecznością imponował reszcie zespołu. Imponował i motywował jak nikt inny. Dlatego w 1991 roku Steve otrzymał bez żadnych zastanowień opaskę kapitana. Nikt nie miał wątpliwości, że należała się ona właśnie jemu. Po odejściu Robsona w 1994 stał się już, można tak powiedzieć, jedynym kapitanem United.

Sezon 1990/1991 Bruce zakończył z liczbą 19 goli. W samym United stał się zaś w pewnym sensie „egzekutorem” – bardzo często wykonywał rzuty karne i wtedy strzelił z nich 11 bramek. Był najlepszym strzelcem tegoż sezonu, pomimo tego, że przecież był obrońcą. Warto wyodrębnić spośród wszystkich jego bramek te dwie, które padły 10 kwietnia 1993 roku w meczu przeciwko Sheffield Wednesday. Dlaczego są one tak ważne? United przegrywało wtedy 0:1, sytuacja była beznadziejna i kiedy wszyscy myśleli, że to już koniec i chwytali się za głowy na Old Trafford, Bruce w ostatnich minutach strzelił dwie fenomenalne bramki. Co więcej to te właśnie bramki doprowadziły do euforii publikę zgromadzoną w Teatrze Marzeń – te dwa gole przesądziły o tym, że Manchesterowi United po 26 latach już nikt nie będzie w stanie zagrozić w drodze po mistrzostwo Anglii. I tak się stało – choć nie miało to już znaczenia, United nie odpuściło i wygrało jeszcze pięć kolejnych spotkań i z ogromną przewagą 10 punktów nad Aston Villą zdobyło upragnione mistrzostwo. Co więcej, te dwa gole Bruce’a utarły znane powiedzenie,

Man United always score in the last minute”

Steve Brucektóre towarzyszyło nam nawet podczas finału Ligi Mistrzów 1998/1999. Jeden ze spikerów powiedział wtedy „Can Manchester United score? They always score” – no i strzelili. Znów dwie bramki, znów niespodziewanie w końcówce i znów w niesamowicie ważnym meczu. Często jest to powtarzane – nawet przez polskich komentatorów, choć duch drużyny teraz w XXI wieku jest zupełnie inny, niż kilkanaście lat wstecz. Ale wracając do faktów z czasów gry Bruce’a. Zdobył on z United trzy tytuły mistrzowskie – w 1993, 1994 i 1996 roku. Do tego doszły trzy FA Cup 1990, 1994 i 1996 oraz jeden Puchar Ligi 1992. Jednak zdecydowanie największym osiągnięciem w karierze Bruce’a jest wywalczenie Pucharu Zdobywców Pucharów w 1991 roku w wygranym 2:1 meczu z Barceloną 15 maja po dwóch bramkach Hughesa. Sędzia Bo Karlsson ukarał zresztą w tym meczu Steve’a żółtą kartką. Sam Steve jest jednak drugim w historii kapitanem Czerwonych Diabłów, który wywalczył z tym zespołem najwięcej trofeów – więcej ich zdobył tylko Roy Keane.
Jedna w 1996 roku Stephen Bruce nie został powołany do składu Manchesteru United na finał FA Cup przeciwko Liverpoolowi ze względu na kontuzję. Pomimo że był kapitanem, nalegał aby trofeum uniósł Cantona. Tak też się stało. Teraz wiemy, że była to swoista zapowiedź swojego następcy. Jak wiemy po Steve’ie kapitanem United został właśnie Francuz. Do tego wobec coraz mocniej świecącej w zespole gwiazdy Davida Maya, Bruce w wieku (jeszcze) 35 lat zdecydował się opuścić klub z Old Trafford. Kibice jednak mieli wątpliwości – można kupić nowego piłkarza o podobnych parametrach, ale czy da się kupić kogoś tak walecznego i tak wspaniałego, jak Bruce? Nie mieli jednak wyboru i musieli pogodzić się z zaistniałą sytuacją. Steve odchodził z Old Trafford w niesamowicie jasnej glorii chwały. Rozegrał 414 spotkań i strzelił 51 bramek – fenomenalny bilans jak na obrońcę.

Kadra.

Do dziś wielką niewiadomą pozostaje, dlaczego Bobby Robson nie zaufał Bruce’owi. Kadra to jedyna rzecz, z której ten fenomenalny Anglik nie mógł czerpać zadowolenia. Steve został zaledwie raz powołany do kadry – na dodatek była to kadra „B” i mecz z Maltą. W seniorach tak naprawdę nie rozegrał ani jednego mecz, choć przecież Bryan Robson i Gary Pallister stali się legendami reprezentacji Albionu. Fakt faktem, Bobby Robson przyznał kilka lat później, że pominięcie Bruce’a w jego powołaniach do kadry było błędem karygodnym i niewytłumaczalnym. Ale cóż z tego, skoro Steve stracił szansę pokazania się tak, jak robili to inni piłkarze na scenie międzynarodowej? Cóż z tego, skoro on – tak zdeterminowany, tak waleczny i tak dumny – nie mógł ani razu pomóc swojej drużynie i z Trzema Lwami na piersi reprezentować swojego kraju? Dla Steve’a musiała być to wielka niesprawiedliwość i wielki sportowy cios.

Sportowa emerytura.

Steve BruceZ United Bruce trafił do Birmingham. Tam rozegrał 72 mecze i strzelił 2 bramki. Ostatni raz wystąpił na boisku jako piłkarz 28 listopada 1998 roku w koszulce Birmingham. Coraz bardziej ciągnęło go do tego, by zostać managerem. I tak trafił na fotel „szefa” w Sheffield Wednesday w 1998 roku. Tam nie zagrzał długo miejsca i już rok później trenował Huddersfield Town do 2000 roku. Jednak tak naprawdę nie mógł znaleźć nigdzie swojego miejsca. Co rusz zmieniając kluby w 2001 roku – z Huddersfield do Wigan, z Wigan do Crystal Palace, z Crystal Palace do Birmingham, w tym ostatnim w końcu pozostał na dobre. Przez niemal 6 lat był managerem tejże drużyny, prowadził ją razem w 270 spotkaniach, z czego 100 wygrał, 100 przegrał i 70 zremisował. Od niedawna, bo od 19 listopada ubiegłego roku, możemy obserwować zmagania Bruce’a jako trenera Wigan Athletic.

Fenomenalne beztalencie.

Fantastyczny i waleczny zarówno piłkarz, jak i człowiek. Tak chyba najlepiej jest opisać Steve’a Bruce’a. O tym najlepiej świadczy fakt, że po odejściu z Norwich każdy jeden kibic ma go za legendę. Nikt nie ma żalu, że odszedł do United. W 2002 roku włączyli Bruce’a do klubowej Galerii Sław. Ogólnie Steve jest kolejnym przykładem, ale już nie tylko dla „piłkarskiej” części młodzieży, która chciałaby zostać kimś wielkim w piłce nożnej. Może być wzorem dla każdego, kto chce osiągnąć coś w życiu. Dla chcącego nie ma nic trudnego. Wystarczy ciężka praca i determinacja, której Bruce miał w sobie mnóstwo. Od dziecka wmawiano mu, że sama determinacja nie wystarczy, by stać się piłkarzem na najwyższym poziomie, że można grać w średniakach, ale nie dla wielkich klubów. Cóż… Steve Bruce i jego 414 spotkań w barwach Manchester United to chyba świadectwo tego, że ludzie nie zawsze mają rację. Chyba, że tysiące, które pamiętają go jako legendę wciąż pozostają w błędzie.

Przewiń na górę strony