Nie przegap
Strona główna / Naszym okiem / Naszym Okiem: Manchester United – Birmingham City

Naszym Okiem: Manchester United – Birmingham City

Naszym Okiem: Manchester United - Birmingham City
Pierwszy stycznia. Zapewne większość z nas dochodzi jeszcze do siebie po całonocnym balangowaniu z okazji nadejścia nowego roku tudzież z okazji żegnania starego. Część z imprezowiczów zazwyczaj ciężko znosi dochodzenie do siebie po tej jakże wymagającej i ciężkiej nocy, ale na szczęście 1 stycznia to dzień wolny od jakichkolwiek zajęć. Piłkarze grający w Wielkiej Brytanii już tak dobrze nie mają. Dla nich ta noc musi upłynąć spokojnie i relaksująco, bo już w pierwsze popołudnie roku trzeba… wrócić do pracy i wyjść na boisko. A wszystko ku uciesze swych fanów. Tak własnie zaczyna się nowy rok na Wyspach, tak zaczyna kolejne 366 dni Manchester United – od meczu z Birmingham City.

Końcówka grudnia to dla tamtejszych zawodników ciężka przeprawa. Trzeba rozegrać cztery spotkania w zaledwie osiem dni, a dla drużyny takiej, jak mistrz Anglii wszystkie te mecze powinny się zakończyć zdobyczą kompletu punktów, jeżeli oczywiście realnie myśli się o obronie mistrzowskiego tytułu.

Po bolesnej porażce na Upton Park, „Czerwone Diabły” straciły fotel lidera na rzecz rewelacyjnego w tym sezonie Arsenalu. Życie toczy się jednak dalej, walka wciąż trwa, dlatego trzeba było rozprawić się z bieniaminkiem Birmingham City, by dotrzymać kroku rywalom z Londynu. Udało się…

Sir Alex wystawił na to spotkanie bardzo silny skład, wprowadzając wprawdzie aż pięć zmian w stosunku do ostatnio grającego, ale jak zerkniemy na nazwiska z pierwszej jedenastki, to nie mamy wątpliwości, że jest to drużyna bardzo silna, może nawet za silna dla ekipy Alexa McLeisha. Niepokojący mógł być tylko brak w składzie Wayne’a Rooneya, którego wciąż pokonuje wirus, jednak były też dobre wieści, jak np. występ od pierwszych minut Ji-Sung Parka.

O meczu tak naprawdę wiele nie da się napisać, bo przez większość czasu był jednostronnym widowiskiem, w którym jednak bardzo brakowało goli – jeden to zdecydowanie za mało. Piszę jednostronnym, bo choć goście mieli swoje okazje, to tak naprawdę nie wyglądało na to, żeby coś mieli zwojować na Old Trafford. Jedyna bramka padła jeszcze przed przerwą, po świetnej, dwójkowej akcji Tevez – Ronaldo. W 25. minucie spotkania były gracz West Hamu wywalczył piłkę w środku pola, ta trafiła do Portugalczyka, który bezzwłocznie oddał ją z powrotem. Ale za to jak oddał! Ronaldo popisał się świetnym podaniem z piętki, piłka trafiła idealnie w tempo rozpędzonego Teveza. „Carlitos” znalazł się sam na sam z Taylorem i nie dał mu żadnych szans.

Wcześniejszy słupek po główce Carlosa i wspomniana akcja-miód w wykonaniu piłkarzy Manchesteru, dawały nadzieję na gładkie rozprawienie się z beniaminkiem. Ale nadzieja nadzieją… Swoje okazje mieli również zawodnicy z Birmingham, ale Kuszczak bronił dzisiaj bardzo pewnie i nie dał się pokonać.

Gra United z pierwszej połowy nie pozwoliła mi nawet na cień wątpliwości, że rywale urwą na Old Trafford jakiekolwiek punkty. W grze beniaminka nie było widać nic, co mogłoby zagrozić gospodarzom. Obraz meczu uległ zmianie w drugiej połowie. Manchester grał jeszcze lepiej, bardzo aktywny był wspomniany już kilka razy Tevez, który m. in. po raz drugi trafił w słupek, ale poza tym stwarzał dużo zagrożenia pod bramką gości. Równie groźnie było, gdy do piłki dochodził Cristiano, ale w kilku swoich akcjach mógł zachować się lepiej i w ogólnym rozrachunku nie zaliczę jego występu do tych rewelacyjnych. Po prostu solidna gra, kilka zmarnowanych okazji na podwyższenie wyniku, no i przede wszystkim asysta – nic więcej. Aktywność przejawiał również Nani, ale częściej wyglądało to na „robienie wiatru” niż na coś godnego uwagi. Po byłym graczu Sportingu nie widać tego błysku, który prezentował na początku rozgrywek, ale muszę go usprawiedliwić – wszak nie gra regularnie, to i forma nie może być najwyższa.

Przez dobre kilka, kilkanaście minut, Manchester nie dawał żadnych nadziei rywalom, raz po raz atakując bramkę Taylora. Obraz gry zmienił się, gdy na boisko wszedł Louis Saha zmieniając Teveza. Dobra, powiedzmy sobie wprost – gra siadła. Wykorzystali to rywale i przez parę minut to oni atakowali. Na szczęście obrona United spisywała się bez zarzutu, choć domyślam się, że Quieroz, sam bądź za radą Fergusona, zdecydował się wprowadzić do gry Hargreavesa. Tak dla świętego spokoju.

Biorąc pod uwagę wynik, jest dobrze, trzy punkty nasze. Ale gra pozostawia jednak wiele do życzenia. Kilka minut takiej porządnej, groźnej ofensywy, to trochę za mało na drużynę, która okupuje dolne partie tabeli. No i te niewykorzystane sytuacje… Jak zauważył pewien kibic dzwoniący do BBC, gdy nie gra Rooney, Manchester wygląda na zupełnie inną drużynę. Nie trzeba chyba dodawać, że gorszą. Jest to niepokojące, bo „Diabły” powinny wygrywać i to efektownie również bez udziału angielskiego napastnika. Na szczęście, Rooney ma wrócić już na mecz z Aston Villą w Pucharze Anglii. Niestety, jest też i zła wiadomość. Po końcowym gwizdku Carlos Tevez został zniesiony z boiska przez dwóch oficjeli klubu. Wyglądało na kontuzję kostki, co potwierdził Ferguson tuż po spotkaniu. Dodał też, że atmosfera na stadionie była dzisiaj „jak na pogrzebie”…

Przewiń na górę strony