Nie przegap
Strona główna / Offtopic / Lekcja angielskiego.

Lekcja angielskiego.

Nauka angielskiego
David Seaman wyciąga po raz trzeci piłkę z siatki w meczu z Portugalią i reprezentacja Anglii niedługo potem, boleśnie upokorzona, kończy swój występ w Euro 2000. Ronaldinho zaskakuje z rzutu wolnego fatalnie ustawionego bramkarza Wyspiarzy, którzy żegnają się z Mistrzostwami Świata w Korei i Japonii. Ronaldo i Kaka praktycznie w pojedynkę rozstrzygają losy meczów pomiędzy United a Realem i Milanem. Niejeden z kibiców Manchesteru, czy też ogólnie angielskiej piłki, do dzisiaj budzi się w nocy zlany zimnym potem na wspomnienie tych i wielu innych, dramatycznych, piłkarskich wydarzeń. Zapewne trudno byłoby zliczyć Anglików, którzy po ostatnich, wielkich piłkarskich turniejach nabawili się kompleksu Portugalii lub fanów Manchesteru, którzy dostają dreszczy na wspomnienie wyjazdowych meczów z Rossoneri czy też Los Galacticos.

Wydaje mi się, że każdy z nas, bardziej lub mniej zdając sobie z tego sprawę, odczuwa dumę kibicując angielskim klubom. Przecież to synowie Albionu są twórcami terminu football. To tutaj rozegrano pierwszy turniej piłkarski i spisano zasady tej dyscypliny sportu. Czujemy się więc w jakimś stopniu uprzywilejowani pośród innych lig piłkarskiego świata, traktujemy zagraniczne kluby w pewnym sensie jak uczniów, którzy swoją wiedzę zaczerpnęli z historii angielskiego futbolu. Zadajemy więc sobie pytania. Dlaczego „dzieci” piłkarskiej Anglii okazują się tak niewdzięczne? Dlaczego z właściwym szacunkiem nie ustępują Anglikom miejsca na podium? W ten sposób dochodzimy do najboleśniejszego z pytań. Czy uczeń przerósł mistrza?

Ktoś z was zapewne stwierdzi; „Jak to? Przecież Manchester wygrał Ligę Mistrzów w 1999 roku, Liverpool dwukrotnie występował w finale tego pucharu, Arsenal uległ niedawno tylko Barcelonie”. Oczywiście są to niepodważalne fakty, ale czy nie wyglądają one mizernie w kontekście tego, że w ciągu ostatnich piętnastu lat angielskie kluby znalazły się w finale tych rozgrywek tylko cztery razy, natomiast zespoły z Hiszpanii i Włoch oglądaliśmy w sumie dziewiętnastokrotnie? W Pucharze UEFA ten stosunek wynosi 3:14. Sprawa ma się jeszcze gorzej jeśli chodzi o turnieje reprezentacyjne. Wyspiarze tylko dwa razy w historii znaleźli się na podium turniejów międzynarodowych (MŚ, ME) i w obu przypadkach były to zawody rozgrywane w Anglii! Jest to wynik, trudno użyć tu innego określenia, katastrofalny.

Bardzo ciekawe jest również to, że ostatnie triumfy angielskich drużyn klubowych (LM i PUEFA) rozstrzygały się w okolicznościach, nie bójmy się tego powiedzieć, cudownych. Wytłumaczenia przebiegu finału z Bayernem (1999) i z AC Milanem (2005) należy doszukiwać się gdzieś pomiędzy zamianą wody w wino, a rozstąpieniem się Morza Czerwonego przed Mojżeszem. Do zwyczajnych nie należały również zwycięskie dla anglików finały PUEFA z 2001 (5:4) i MŚ z 1966 (do dziś nie wiadomo czy padł jeden z goli dla Anglii). Czyżby więc te wyjątki potwierdzały smutną regułę?

Myślę, że powyższe przykłady i suche statystyki przybliżyły Wam nieco mój punkt widzenia na sprawę tego specyficznego, angielskiego „kompleksu”. Teraz pragnę krok po kroku zanalizować to zjawisko i zwrócić Waszą uwagę na działania Anglików, sugerujące chęć zerwania z ową piłkarską „klątwą”.

1. Specyficzny styl gry.

Nie od dziś wiadomo, że Wyspiarze preferują odmienny styl gry niż np. Włosi, Portugalczycy czy Hiszpanie i Brazylijczycy. Twardej, szybkiej i stosunkowo prostej piłce Anglików podopieczni Roberto Donadoniego i Luiza Felipe Scolariego przeciwstawiają nieustępliwą defensywę i dobre wyszkolenie techniczne, natomiast kochający piękny futbol Canarinhos i pomysłodawcy corridy – bajeczną technikę i błysk spontaniczności. Okazuje się więc, że w ostatecznym rozrachunku czarujący dla oka, niczym nieograniczony futbol bierze górę nad piłką „twardych zasad”, jaką preferują Anglicy.

2. Bardzo ciężki sezon w Anglii.

Zawodnicy żadnego innego kraju nie grają tyle meczów w sezonie, co Anglicy. Jest to ciągły powód sporów między trenerami klubów i reprezentacji (ileż razy wspominał o tym sir Alex Ferguson?). Taki system rozgrywek na Wyspach nie tylko powoduje, że pod koniec sezonu ligowego, czy też w czasie turniejów międzynarodowych w wakacje, zawodnicy z trudem poruszają się po boisku, ale także raz po raz jest źródłem pękających kości – nie szukając daleko np. Rooneya czy też Owena.

3. Presja wyników.

Każde potknięcie angielskich drużyn śledzą setki brukowców. Kolejni trenerzy nie wytrzymują publicznej krytyki kibiców i środków masowego przekazu. Bohaterowie tłumów – Lampard czy Beckham – po nieudanym ważnym meczu mogą zostać wygwizdani i zmieszani z błotem. Zawodnicy nie mają szans na prywatność, bo każdy ich krok śledzą dziesiątki kamer i każdy ruch na boisku jest poddany analizie bezlitosnych krytyków. Taka atmosfera wokół angielskich drużyn nie sprzyja osiąganiu sukcesów. Piłkarze boją się zagrań spontanicznych, nieustalonych wcześniej z trenerem, natomiast szkoleniowcy obawiają się ryzykownych ruchów. A przecież bez odrobiny ryzyka nie osiągnie się celu. Przypomnijmy chociażby finał Champions League z 2005 roku. Czy gdyby Jerzy Dudek posłuchał wtedy wskazówek trenerów podczas rzutów karnych, to czy The Reds zdobyli by puchar ? Polski bramkarz podjął ryzyko – wprowadził do sztywnej taktyki Beniteza trochę spontaniczności i tym samym zdobył dla Liverpoolu mistrzowski tytuł.

4. Bramkarze.

Iker Casillas, Santiago Canizares, Gianluigi Buffon, Francesco Toldo, to tylko kilku wybitnych bramkarzy, którzy często przesądzali o losach meczów w europejskich pucharach czy na Mistrzostwach Świata lub Europy. Takim panteonem gwiazd nigdy nie mogli poszczycić się Anglicy. Kolejne fatalne wpadki Seamana, Martyna, Jamesa czy Robinsona odbierały kolejne punkty reprezentacji Anglii. Błędy Tima Howarda czy Fabiana Bartheza eliminowały w kolejnych edycjach Champions League Manchester United. Taka postawa bramkarzy na Wyspach również wynika w pewnym stopniu z wcześniej opisanej presji wyników. W końcu to bramkarz zajmuje na boisku najbardziej odpowiedzialną pozycję, a co za tym idzie jest narażony na największy stres. Czy przypadkiem błędy tak utalentowanych bramkarzy jak James czy Robinson nie wynikają właśnie z potwornego ciężaru oczekiwań, jakim przytłacza ich do murawy angielska opinia publiczna ?

5. Zwodnicza pewność siebie.

Tak, jak nas rozpiera duma, kiedy czytamy o bogatej historii „naszych” angielskich klubów, tak rozpiera ona angielskich piłkarzy, kibiców i komentatorów, kiedy szykują się na spotkanie z Rumunią, Chorwacją czy „innym” Rosenborgiem. Jak trudno wygrać Manchesterowi z Benficą w meczu ostatniej szansy, kiedy cała Anglia już zna wynik konfrontacji i nie spodziewa się niczego innego, jak tylko wysokiej wygranej? Ile to już razy czytaliśmy pełne niedowierzania artykuły angielskich autorów po kolejnych klęskach i wysłuchiwaliśmy pełnych żalu komentarzy angielskich analityków?

Wymienione wyżej problemy, nawiedzające angielską piłkę, kreślą dość pesymistyczny obraz futbolu na Wyspach. Łatwo jednak zauważyć, że angielskie kluby powoli zaczynają walczyć z tymi czynnikami. Przede wszystkim zatrudniają one coraz lepszych szkoleniowców, którzy przede wszystkim muszą być odporni na stres. Sir Alex Ferguson i Arsene Wenger, całkowicie nieczuli na ataki prasy, zdołali przez lata zbudować angielskie i w jakimś sensie także europejskie potęgi. Podobną taktykę zastosowała Chelsea zatrudniając Jose Mourinho, który w sposób fenomenalny skupił całą uwagę mediów na swojej osobie, pozwalając tym samym grać zakupionym za ciężkie pieniądze zawodnikom bez większej presji. Kim dla londyńczyków był Portugalczyk pokazują obecne wyniki The Blues, a przede wszystkim postawa Szewczenki, który wyjęty spod skrzydeł Mourinho stał się kłębkiem nerwów niezdolnym do gry pod atakami prasy i kibiców. Moją uwagę zwraca także napływ młodych, nieprzeciętnie uzdolnionych graczy z południowej Ameryki i Europy. Manchester buduje swoją potęgę na takich zawodnikach jak Ronaldo, Nani, Tevez czy Anderson.

Najbardziej genialnym zawodnikiem Arsenalu jest dwudziestoletni Cesc Fabregas, Liverpool podbijał Europę w składzie z Garcią i Alonso, a jego nowym nabytkiem jest wybitny młodzian – Fernando Torres. Taki trend na Wyspach świadczy tylko o jednym: największe angielskie kluby zdały sobie sprawę, że Europy nie da się podbić tylko i wyłącznie walecznością Anglików, ale trzeba czegoś więcej. Zastrzyk młodej, ale gorącej krwi Hiszpanów, Portugalczyków czy Brazylijczyków ma w założeniu stworzyć zabójczą mieszankę, która zdominuje Europę na lata. Być może wtedy doczekamy się odwrotnego procesu – kluby z Hiszpanii czy Włoch zaczną sprowadzać na południe piłkarzy angielskich.

Chociaż do tej pory nie było dane nam przeżywać na arenie międzynarodowej tak wielu wzruszeń jak fanom Realu czy Milanu to myślę, że wnioski z mojego felietonu są na tyle optymistyczne, że możemy ze spokojem obserwować poczynania naszych angielskich ulubieńców. Na taki optymizm pozwalają chociażby ostatnie wyniki Czerwonych Diabłów w Champions League, które świadczą o tym, że angielsko-południowa mieszanka może się okazać naprawdę wybuchowa.

Przewiń na górę strony