Nie przegap
Strona główna / Manchester United / Gary „wracam za dwa tygodnie” Neville

Gary „wracam za dwa tygodnie” Neville

Gary 'wracam za dwa tygodnie' Neville
Liczymy dni od kiedy Gary Neville zagrał ostatni mecz w pierwszej drużynie Manchesteru United. Żeby dać państwu świadomość tych niekończących się urazów Anglika dodam, że dotychczas minęło już tych dni 232! W ostatnich dniach Neville zrobił jednak krok w stronę definitywnego powrotu na boisko, bowiem zagrał w meczu rezerw. O jego występie nie warto się rozpisywać, najważniejszy bez wątpienia jest fakt, że zaliczył 57 minut. Lepiej będzie też, jak nie będziemy się zastanawiać kiedy ujrzymy go w defensywie obok Ferdinanda, Vidicia i Evry, ponieważ gdy ostatnim razem wydawało się, że jest bliski powrotu, to nagle zaczynał mu dokuczać nowy uraz.

Dziś, w trakcie czytania tej notki mija właśnie 232 dzień przerwy Neville’a od gry w poważnym spotkaniu. Dla porównania do szkoły w ciągu całego roku szkolnego chodzimy 180 dni (po odliczeniu świąt i weekendów). Ciąża trwa 9 miesięcy, które wydają się niesamowicie długim okresem – Neville’owi brakuje do osiągnięcia podobnego rezultatu zaledwie (bo przecież co to dla niego) 48 dni. Ale może jednak przypomnijmy sobie jak to wszystko się zaczęło. 17 marca, w meczu z Boltonem Wanderers już w 7. minucie dochodzi do przypadkowego starcia Nevile’a z Garym Speedem, celem obydwu panów była piłka. Jedna ze stóp kapitana Manchesteru United ułożyła się tak niefortunnie, że doszło to urazu kostki. Początkowo mówiło się o sześciu tygodniach, później była walka z czasem, by Anglik wrócił na finał Pucharu Anglii, aż w końcu stało się jasne, że w sezonie 2006/2007 nie wystąpi już ani jednej minuty. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że jego następny mecz u boku kolegów z pierwszej drużyny będziemy mogli zobaczyć (miejmy nadzieję, że już się nic nie zmieni) dopiero w listopadzie.

Jaki będzie los Neville’a po powrocie? Z racji tego, że w dalszym ciągu jest on kapitanem United (lecz na czas jego nieobecności zastępuje go w tych obowiązkach Ryan Giggs i Rio Ferdinand) śmiem twierdzić, że to właśnie Gary po całkowitym wyzdrowieniu zajmie miejsce na prawej obronie. W sobotnim meczu z Arsenalem bardzo dobrze przez większą część spotkania radził sobie jednak Wes Brown (wpuszczenie Johna O’Shea w miejsce Anglika miało moim zdaniem inne niż by się wydawało podłoże, przecież doskonale pamiętamy te 80% skuteczności strzałów Irlandczyka w poprzednim sezonie i te ważne bramki przez niego zdobywane, jak z Evertonem czy Liverpoolem). Mogę tutaj – będąc całkowicie świadomym swoich słów dodać, że nasz słynny „Orange” dorasta, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Te ponad pół roku regularnych występów dało mu swojego rodzaju pewność i niebywałe ogranie, że bezstresowo podchodzi do takiego ważnego klasyku jak ten ostatni z Londyńczykami. W obwodzie mamy jeszcze Danny’ego Simpsona, który swoją grą przypomina bardzo Patrice’a Evrę. Można powiedzieć, że poza doświadczeniem dzielą ich tylko strony boiska.

Anglik musi być jednak świadomy tego, że jeśli będzie dochodziło do częstszych błędów z jego udziałem, to Sir Alex Ferguson bez wahania zdecyduje się wystawić do pierwszego składu Browna czy Simpsona. Ostatnie pół roku udowodniło wszystkim, że bez kapitana nie jest tak źle, Giggs i Ferdinand (jestem zaskoczony właśnie tym drugim) spisują się w roli boiskowego „dowódcy” nie gorzej od Neville’a. Jeśli chodzi o jego potencjalnych zastępców na placu gry to Brown musi zdecydowanie podszkolić dośrodkowania i dynamikę w akcjach ofensywnych. Tej dynamiki z pewnością nie brakuje Simpsonowi, ale z nim jest taki problem, że nie wiadomo jak spisałby się na tle bardzo dobrej drużyny z Premiership, jak Arsenal czy Chelsea.

Nie chcę żeby mnie źle zrozumiano. Uważam, że Gary Neville jest naszym najlepszym prawym obrońcą. Możemy być zadowoleni, że przez tyle lat występował na tej pozycji, bo prawdopodobnie w klubie nie było od niego w tym fachu lepszych. Gary Neville jest kapitanem i wprowadza niesamowity spokój w drużynie, jest zawzięty, dąży do upragnionego celu i potrafi się doskonale motywować na wielkie spotkania. Wiemy doskonale, że Brown wiele może swojemu rodakowi zazdrościć, ale to nie oznacza, że jest na straconej pozycji. Przed Nevillem jeszcze 2, 3 lata gry na światowym poziomie (jeśli oczywiście pozwoli zdrowie). Życzę mu, żeby po zakończeniu kariery był wielką legendą tego klubu, ale nie oszukujmy się. Na same nazwisko „Neville” wielu z nas reagowało podobnie, niektórzy śmiechem, inni żalem. Bez wątpienia jego kontuzje doprowadzały do frustracji nie mniejszej niż te spowodowane urazami jednego z naszych napastników. Miejmy nadzieję, że zarówno ten napastnik, jak i Neville zaprzestaną nas frustrować.

Przewiń na górę strony