Nie przegap
Strona główna / Liga Mistrzów / Naszym okiem: Sporting Lizbona – Manchester United

Naszym okiem: Sporting Lizbona – Manchester United

Cristiano Ronaldo i Paul Scholes
19 września 2007 roku Czerwone Diabły po raz pierwszy w tym sezonie miały okazję zmierzyć się w rozgrywkach elitarnej Ligi Mistrzów. Naszym przeciwnikiem był Sporting Lizbona – znana fabryka wspaniałych skrzydłowych. Ostatnia potyczka obu drużyn miała miejsce w 2003 roku, kiedy to Portugalczycy wygrali z United 3:1. Przed dzisiejszym meczem było widać światełko w tunelu – Wayne Rooney miał zagrać już od pierwszych minut. Jednak czy Manchester United pokazał wreszcie swoje iście diabelskie oblicze?

Zacznijmy jednak po kolei… Powiem szczerze, że na samym początku byłem zdziwiony taktyką Fergusona. Co tu dużo mówić – granie jednym napastnikiem i do tego świeżo po kontuzji? Trochę dziwny pomysł, ale zapewne Fergie nie robiłby tego nie będąc pewnym, że Wayne’owi nie odnowi się kontuzja (byłoby niewesoło).

W pierwszych 45 minutach prawie żaden zawodnik Czerwonych Diabłów nie błyszczał i nie potrafił pociągnąć drużyny do walki. Ronaldo jakiś taki flegmatyczny – wydawać by się mogło, że tylko czekał na piłkę od kolegów z drużyny, następnie chciał przebiec z 10 – 20m i podać komuś innemu. Z tego, co pamiętam, zdecydował się tylko na strzał z dystansu w 24. minucie, ale Stojkovic bez problemu wybronił to na rzut rożny.

Następny Portugalczyk w naszym składzie – Nani – co tu dużo mówić też w pierwszych 45 minutach nie błyszczał. W 33. minucie Rooney bardzo ładnie wyłożył mu futbolówkę, a ten mógł uderzyć z pierwszej piłki, ale wolał zwolnić całą akcję aż przybiegną obrońcy i strzelić, ale niezbyt niebezpiecznie. Szczerze mówiąc nie miałbym do niego pretensji, gdyby naprawdę przyłożył z całej siły, a tymczasem piłka wylądowała gdzieś w trybunach.

Na wielką pochwałę zasługuje Edwin van der Sar – w 28. minucie uratował nas od straty bramki. Jestem skłonny stwierdzić, że był to najważniejszy moment pierwszej połowy. Sporting był bardzo blisko, ale jak mówi stare piłkarskie porzekadło – „niewykorzystane sytuację lubią się mścić”. Czy i tym razem słowa te miały się potwierdzić?

Drugą połowę – ku mojemu wielkiemu zdziwieniu – Manchester United rozpoczął w takim samym składzie. Nie byłoby w tym złego, ale ja osobiście dałbym odetchnąć Rooneyowi, a wpuścił Teveza, albo Louisa. Następne kilkanaście minut nie różniło się zbytnio od obrazów z pierwszej połowy. Manchester United nie błyszczał aż do 62. minuty, kiedy Ronaldo na chwilę się obudził i wykorzystał naprawdę bardzo dobre dośrodkowanie Browna. Jednak – co tu dużo mówić – jedna jaskółka wiosny nie czyni.

W 72. minucie stało się to, co prawie każdy przeczuwał – Wayne Rooney po 70 minutach został zastąpiony przez Louisa Sahę. Po kilku minutach odniosłem wrażenie, że mecz stawał się jakby ciekawszy.

(Nie)stety odniosłem dobre wrażenie… o mało nie dostałem (jak chyba większość fanów) zawału serca, kiedy Sporting o mało nie zdobył wyrównującego gola, ale ponownie van der Sar był tam, gdzie powinien i obronił strzały, które nie każdy bramkarz byłby w stanie wybronić. Jak Edwin utrzyma taką formę, to Tomek będzie musiał poczekać jeszcze długo na swoją szansę w bramce United w tym sezonie…

Od 87. minuty wreszcie zaczęliśmy grać dwoma napastnikami: w miejsce Ronaldo wszedł Tevez (lepiej późno niż wcale). Moim zdaniem inaczej grać nie możemy – 120 sekund później Argentyńczyk przejął piłkę, a następne podał do Sahy, który niestety strzelił obok bramki.

Podsumowując… Styl gry Manchesteru? Powiedziałbym „Mourinhopodobny” – nieefektowny, ale za to efektywny, ale ile tak można? Czerwonym Diabłom brakuje iskry: niby grają, niby wygrywają, ale brakuje tego „czegoś”. Mam nadzieję, że w następnych występach Czerwone Diabły będą grać pewniej, efektywnej i efektownej, bo na przykładzie Chelsea i Rosenborga widać, że o wpadkę z taką grą nie trudno…

Przewiń na górę strony