Nie przegap
Strona główna / Legendy / Legendy: Trzej Muszkieterowie (1935-1937)

Legendy: Trzej Muszkieterowie (1935-1937)

Legendy: Trzej Muszkieterowie (1935 - 1937) - Jack Rowley
Dla uczniów i osób pracujących przyszedł upragniony piątek. Ja, jako studentka, mam jeszcze wolne, ale ten dzień tygodnia jest czymś fajnym również dla mnie, ponieważ zarezerwowany jest na moją serię „Legendy”. W zeszłym tygodniu przedstawiałam Wam zawodników, którzy debiutowali w latach 1893 – 1919. Teraz kolej na następnych wspaniałych piłkarzy, ale tym razem tylko (albo aż) trzech. Bohaterami trzeciej części mojej serii będą Stan Pearson, Jack Rowley i John Carey. Zapraszam do lektury.

Stanley PearsonZawodnicy, którymi się zajmę, debiutowali w Manchesterze United w latach 1935-1937. Najwcześniej z nich zaczynał Stanley Pearson. Urodzony 11 stycznia 1919r. piłkarz grał w Czerwonych Diabłach na pozycji napastnika. Swój pierwszy mecz rozegrał 13 listopada 1937r. przeciwko Chesterfield na wyjeździe. Podaję datę debiutu w seniorach, bowiem w samym United Pearson znalazł się w grudniu 1935r. w drużynie amatorskiej. Pewne miejsce w pierwszym składzie seniorskim Stan wywalczył bardzo szybko – wystarczyło mu zaledwie pół roku. Co prawda w swoim pierwszym sezonie na Old Trafford strzelił zaledwie trzy bramki, a w trzy lata później miał ich zaledwie o dwie więcej, ale to były pierwsze koty za płoty. Później, niestety, jego kariera tymczasowo była zatrzymana przez działania wojenne II Wojny Światowej. Ale po dziewięciu latach, w 1946r., możliwe już było wznowienie rozgrywek na dobre i po gościnnych występach w innych drużynach, Pearson mógł już spokojnie włożyć trykot United, by bronić naszych barw oraz zarysować mocniej swoją sylwetkę w klubowej historii. Już w pierwszym powojennym sezonie strzelił 19 bramek, co uczyniło go prawdziwą gwiazdką drużyny. Jednak tyle bramek było zapowiedzią jeszcze lepszego kolejnego sezonu 1947/48. W roku 1948 był kluczowym zawodnikiem w drużynie (już) Sir Matta Busby’ego, kiedy zdobywała ona pierwszy po wojnie FA Cup i w finale tej imprezy strzelił jedną bramkę w wygranym 4:2 meczu z Blackpool. Do tego to w tym roku Stanley 26 razy sam przyczyniał się do zwycięstwa United. Cztery lata później cieszył się zaś z kolegami ze zdobytego tytułu Mistrza Anglii z 22 trafieniami na koncie. O jego klasie świadczy fakt, że w ciągu siedmiu (!) sezonów w latach 1946 – 1953 opuścił zaledwie 13 spotkań. Jednak w następnym sezonie ze składu zaczął go wygryzać młody, dobrze zapowiadający się Blanchflower i Pearson postanowił przenieść się do Bury za 4500 funtów. W sumie zaliczył on 346 występów w United i strzelił 148 bramek. Co za tym idzie, Stan zajmuje obecnie na 9. miejsce w klasyfikacji strzelców wszech czasów Manchesteru United, a żeby było śmieszniej, do niedawna zajmował 8. pozycję, ale został zepchnięty z tego miejsca przez… Ruuda van Nistelrooya, który prześcignął go zaledwie o dwie bramki.

Johnny CareyRok po Stanie Pearsonie swój debiut zaliczył inny świetny zawodnik – Johnny Carey. Irlandczyk do dziś jest jednym z najbardziej znanych piłkarzy z tamtych lat, co w gruncie rzeczy jest swoistym fenomenem. Dlaczego? Dlatego, że, jak wspominałam w poprzednim felietonie, kiedyś zawodnicy z formacji obronnych nie byli aż tak „zasłużeni” w oczach kibiców jak napastnicy czy obrońcy. John grał na pozycji stopera i był tu naprawdę kimś niezastąpionym. Idealnie wpasowany w skład, silny i zdecydowany. Carey był zresztą kapitanem United – ponoć porównywalnie charyzmatycznym do Roya Keane’a. Jego kariera oczywiście także została przerwana przez II Wojnę Światową, ale udało mu się zdobyć, wraz z wyżej wspomnianym Pearsonem, FA Cup w 1948r. i Mistrzostwo Anglii cztery lata później. Śmiało można powiedzieć, że rówieśnik Stana był jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym, defensorem w tamtych czasach. John Carey debiutował 25 września 1937r. w meczu przeciwko Southampton na wyjeździe. Co było w nim takiego specjalnego? Carey wykazywał się bardzo przemyślaną grą na boisku. Fantastycznie przerywał akcje przeciwników czystymi, genialnymi wślizgami, a jego gra w obronie ogółem składała się z tak wielu różnych i co chwila ulepszanych elementów, że w zasadzie nie sposób było go rozszyfrować. Rozegrał on dla nas 344 spotkania, w których trafiał do bramki przeciwników i tak często, jak na obrońcę, bo 18 razy. W roku 1949 został wybrany Piłkarzem Roku. Trzeba wspomnieć również o karierze reprezentacyjnej Irlandczyka, która w dzisiejszych realiach jest z pewnością niebanalna. Carey występował bowiem dla dwóch reprezentacji – 27 razy dla Republiki Irlandii i 9 razy dla Irlandii Północnej. Karierę w Manchesterze United zakończył w roku 1953, czyli dokładnie tak, jak i Pearson.

Jack RowleyWiemy już, że drużynę marzeń w latach około 1940-1950 zasilali Pearson i Carey, ale do tej fenomenalnej dwójki z całą pewnością możemy dopisać również trzeciego wielkiego piłkarza – Jacka Rowleya.. Urodził się on w roku 1920, czyli o rok później, niż pozostała dwójka, ale nie dlatego wspominam o nim na końcu. Zrobiłam tak, ponieważ debiutował tu najpóźniej – 25 października 1937r. przeciwko Sheffield Wednesday. Rowley był wysokiej klasy napastnikiem, a jego historia w klubie z Old Trafford to wiele pięknych, niebanalnych lat i grad goli. Co prawda ksywka „Gunner” (tłum. Kanonier) pasowałaby raczej do piłkarza Arsenalu Londyn, ale okaże się niezwykle trafna, gdy napiszę, że Jack Rowley strzelił dla Manchesteru United 212 bramek w 424 spotkaniach!. Niesamowity bilans, prawda? Lepszymi od niego w historii są zatem jedynie Sir Bobby Charlton oraz Denis Law. Jack trafił do Manchesteru United za kwotę 3000 funtów z Bournemouth & Boscombe. W ciągu dwóch pierwszych lat w klubie strzelił 19 bramek, a później musiał się pogodzić z przerwą w grze na okres wojny. Jednak po wojnie jego geniusz zabłysnął w pełni – już sezon 1946/47 przyniósł mu 26 goli, a kolejny, kiedy zdobywał FA Cup, również tyle samo. Passa strzelecka utrzymywała się jednak przez kolejne lata, a swoje apogeum osiągnęła w mistrzowskim sezonie 1952, gdy Rowley trafiał 30 razy do siatki przeciwników i zdecydowanie pomógł w zdobyciu pierwszego od 1911 roku Mistrzostwa Anglii. Był zawodnikiem lewonożnym, ale bardziej interesujące jest to, że obecnie mamy dwa typy napastników: tacy, którzy czają się gdzieś w polu karnym i tacy, którzy lubują się w grze w powietrzu. Rowleyowi nie sprawiało to najmniejszej różnicy. Genialny zarówno na ziemi, jak i w powietrzu, seryjnie zdobywał bramki i siał postrach wśród szyków obronnych przeciwnika. Do jednego trafienia Pearsona w pamiętnym finale FA Cup z 1948 roku, Rowley dołożył swoje dwa gole, a ostatecznie, przypomnę, United zwyciężyło Blackpool 4:2. Był po prostu niesamowity – zawsze był tam, gdzie akurat powinien być. Takiego czegoś nie można się nauczyć, nie można wyćwiczyć, również trener nie potrafi nikomu włożyć do głowy takiego instynktu. Z tym się trzeba urodzić. I Jack Rowley właśnie z tym darem przyszedł na świat.

Na tym kończymy dzisiejszą serię. Doszliśmy do momentu, w którym stoimy przed progiem katastrofy z Monachium. Zaczną sie więc czasy nazwisk znanych, rozpoznawalnych i lubianych, ale niekoniecznie znajomych na tyle, na ile powinny być. Dlatego też zapraszam za tydzień, gdzie przedstawię debiuty od 1949 roku począwszy. Na pewno dowiecie się wielu ciekawych rzeczy.

Przewiń na górę strony