Nie przegap
Strona główna / Inny punkt widzenia / Piłkarz też człowiek. Zarobić na chleb musi.

Piłkarz też człowiek. Zarobić na chleb musi.

Thierry Henry - Piłkarz też człowiek. Na chleb zarobić musi.
Zacznę trywialnie – świat się zmienia. Ten sportowy także, a co za tym idzie piłka nożna również. Kilka dni temu, w Gazecie Sport, ukazał się artykuł Rafała Steca, mówiący o różnicach w zarobkach piłkarzy w poszczególnych krajach oraz ewentualnych motywacjach transferów tym spowodowanych. Rozgorzała na ten temat spora dyskusja, a biorąc pod uwagę, że okienko transferowe w pełni, to momentami była wręcz gorąca. Tym bardziej, że byliśmy świadkami tak spektakularnych transferów jak te Henry’ego, Torresa, Ribery’ego, czy całe to zamieszanie wokół Heinze lub Kaki.

Patrząc na to, co się dzieje na rynku piłkarskim, można zaobserwować dwie wiodące tendencje, a mianowicie wzrost cen za młodych, bardzo zdolnych, ale już niezłych graczy oraz wzrost uposażenia największych gwiazd. Zaczynają się podnosić głosy, że piłkarze zarabiają za dużo, że kosztują za dużo, że odchodzą tam, gdzie płacą więcej i generalnie w sporcie płaci się za dużo. Coraz częściej ktoś rzuca pomysł, aby wprowadzić limity na płace, transfery, budżety itd. Gorszej głupoty dawno nie słyszałem.

Czas najwyższy zdać sobie sprawę czym jest piłka nożna. Samym sportem przestała ona bowiem być już dobrych kilkadziesiąt lat temu. Prócz całej frajdy z grania i kibicowania, piłka nożna to potężny biznes, najpopularniejszy sport świata, generujący wielomiliardowe obroty. Dlaczego więc nikt się nie oburza, kiedy to managerowie, kierownictwo, czy zarząd największych firm na świecie zarabiają krocie, a same firmy dysponują olbrzymimi budżetami, niekiedy większymi niż które posiadają małe państwa?

Czy najlepsi piłkarze świata są gorsi w swym fachu od specjalistów z dziedzin zarządzania, sprzedaży, logistyki czy innowacji?
Nie.
To profesjonaliści, którzy swoją karierę zaczęli tak naprawdę w wieku 10-11 lat i od tamtej pory poświęcali coraz to więcej i więcej, by podnosić swoje kompetencje. Czy to, że brak im dyplomów, czyni ich gorszymi od najlepszych managerów? Nonsens.

Ich dyplomy to kilometry przebiegane na boisku, celne strzały, podania i skuteczne odbiory. To ciężka praca na siłowni, dieta, regularne kontrole stanu swojego organizmu. Skoro od kierowników i dyrektorów nikt nie wymaga, by setkę przebiegali poniżej 12 sekund, mieli 40 centymetrów w bicepsie i kratkę na brzuchu, to jak można wymagać i argumentować swoje absurdalne tezy o ograniczeniu zarobków sportowców? A jeśli ktoś chce, to może sobie spojrzeć, ile zarabiają gwiazdy kina czy muzyki, często mające bardzo mizerny talent i umiejętności, ale potrafiące wywołać kilka skandali oraz zawierać bardzo korzystne znajomości.

Weźmy przykład z naszego podwórka. Roy Keane, symbol klubu, charyzmatyczny lider, bożyszcze kibiców Man Utd, któregoś pięknego dnia walnął pięścią w stół i zażyczył sobie zarobków na poziomie 100 tysięcy funtów tygodniowo. Niektórych to oburzyło.

Ale o co tu się oburzać. Każda firma, posiadająca w swoich szeregach takiego człowieka, jak Roy, a więc lidera pełną gębą, mobilizatora, mającego niesamowity wpływ na zespół, a przy tym posiadającego bardzo wysokie kompetencje, spełniłaby jego zachciankę. Bo taki człowiek to gwarancja sukcesu, gość, który prowadzi swój zespół do zwycięstw. A co za tym idzie, generuje cholernie duże zyski. Do tego warto dodać, że piłkarz na topie jest przez kilka ewentualnie kilkanaście lat. Musi więc dosyć intensywnie myśleć o swojej przyszłości i kuć żelazo póki gorące. Jego specjalizacja jest taka, a nie inna, nikt nie zaoferuje piłkarzowi w wieku 34-38 lat rekordowej umowy.

Inna melodia to ceny, jakie się płaci za piłkarzy. Po raz pierwszy podniesiono głosy w sprawie ograniczenia sum transferowych gdy Herman Crespo za sumę 35,5 miliona funtów przechodził z Parmy do Lazio. Nie da się ukryć, że to całkiem sporo jak za faceta, który odpowiada za strzelanie goli. Sęk w tym, że gdybyśmy porównali, ile duże światowe koncerny płacą za materiały, podzespoły, technologie produkcji pewnie wyszłoby nawet więcej. A przecież zakup piłkarza to samo co zakup nowej technologii czy linii produkcyjnej dla obydwu podmiotów, które pieniądze wydają – jest to udoskonalenie, które ma przynieść zyski, poprawić jakość produktu, zadowolić swoich klientów.

Dlatego też ceny za najlepszych są wysokie, a im młodszy i bardziej utalentowany piłkarz, tym więcej się za niego płaci. Tu także nie ma żadnej magii i zachcianki, ale twarda i przyziemna logika rynku. Młody piłkarz, który już sporo potrafi, a bardzo prawdopodobne, że będzie potrafił więcej, to materiał na lata. To świetna, długofalowa perspektywa zwycięstw, radości kibiców, rosnącej popularności, a co za tym idzie, dochodów klubu.

Dlatego właśnie za Fernando Torresa LFC zapłacił 40 milionów euro, United za Naniego czy Andersona po 16, Real za Sneijdera 27 a Barca za genialnego i klasowego Henry’ego „raptem” 24.

Oczywiście zdarzają się sytuacje, kiedy opinia publiczna ma sporo racji. Tak jest chociażby w przypadku transferów między klubami, które, najdelikatniej mówiąc, nie darzą się sympatią, a na dodatek transfer z jednego do drugiego klubu nie jest jakimś strasznym awansem. I znów ograniczając się do własnego podwórka można przeprowadzić studium przypadku. Chyba wszyscy pamiętamy, jak z opaską kapitańską na ręku w maju tego roku Gabriel Heinze wyprowadzał swoich kolegów na Stamford Bridge, zbierając na stadionie rywala honory za zdobycie Mistrzostwa. Heinze, który w zimie powrócił po kontuzji i wygrał rywalizację z Evrą, wydawał się być pewniakiem w sezonie 07/08 na lewą obronę. Wszyscy mieli nadzieję, że na Copa America oraz w przerwie wakacyjnej i podczas przygotowań, odbuduje formę, którą imponował w swoim debiutanckim sezonie na OT.

Nic z tych rzeczy, Heinze coś strzeliło do głowy i ni stąd, ni zowąd, zażyczył sobie transferu, a że najpoważniejszy zainteresowany to LFC, więc chce odejść nawet tam. Za nic ma to, że kibice obu klubów bardzo się nie lubią, że Liverpool wprawdzie w walce o mistrza nie liczy się od kilkunastu lat, ale jest mocnym zespołem walczącym o podium. Chce mieć absolutny spokój, być zdecydowanym numerem jeden, dlatego woli rywalizację z wiecznie kontuzjowanym Aurelio, niż świetnym w ofensywie Evrą czy zdeterminowanym Sylwkiem.
Słowem – od bohatera do zera.

Jest to przypadek szczególny. Trudno jednak nie zauważyć subiektywizmu, czy wręcz moralności przysłowiowego Kalego, gdy oceniamy zmiany barw klubowych. Weźmy na przykład Rooneya, pupila kibiców United, jednego z najlepszych graczy świata, który na stadionie Evertonu określany jest mianem Judasza. Albo transfery Cantony czy Ferdinanda z Leeds, a więc klubu, który do przyjaciół Manchesteru raczej nie należy.

Wszystkie one na OT sprawiły kibicom Czerwonych Diabłów mnóstwo radości i nikt nie widział w nich nic strasznego, czego nie można powiedzieć o fanach zespołów, z których ci gracze odchodzili.
Tym bardziej, że gracze często prosząc o transfer mają bardzo poważne powody ku temu. Tak jak Claude Makelele, który zarabiał kilka razy mniej od swoich galaktycznych kolegów, nie ustępując im nic w umiejętnościach i klasie sportowej. Albo Thierry Henry, który miał dość oczekiwania, aż młodzież Arsenalu okrzepnie na tyle, by powalczyć o poważne trofea częściej, niż raz na 3-4 lata.

Przewiń na górę strony