Nie przegap

Teraz on

David Beckham w LA Galaxy
Sam fakt, że wszedłeś/weszłaś (bo kobiety też to podobno czytają) na tego bloga świadczy, że wiesz co to piłka nożna i w pewien sposób się nią interesujesz. Jestem nawet pewny, że spora część czytelników upatruje w piłce nożnej swego rodzaju „sposobu bycia” i nie wyobraża sobie życia bez tej jakże popularnej w naszych stronach dyscypliny sportu. Tym trudniej wyobrazić sobie, że są na świecie miejsca, w których piłka nożna postrzegana jest jako sport drugiej kategorii, coś absolutnie dziwnego i niepojętego, a stadiony, mimo że piękne, zapełniają się w owych rejonach bardzo rzadko.

I nie są tu przeszkodą bariery społeczne, ani problemy finansowe. O ile całkowicie zrozumiały byłby dla każdego brak zainteresowania piłką w biednych krajach afrykańskich czy na bliskim Wschodzie, gdzie istnieją ważniejsze problemy, które zaprzątają głowy ich mieszkańcom, o tyle fakt, że potężnych w niemal każdej dziedzinie życia Stanów Zjednoczonych manią jeszcze nie opanowała wydaje się być nieco dziwny.

Co w tym najdziwniejsze to to, że pomoc w spopularyzowaniu futbolu, tfu, soccera w Stanach napływa ze wszystkich stron od dłuższego czasu. Pierwszy „boom” na piłkę miał miejsce w latach 70tych, kiedy do Ameryki zaczęto hurtem sprowadzać nieco wypalone gwiazdy z klubów europejskich. Tak oto trafili tu Beckenbauer, Cruyff, Best, a nawet sam „bóg” Pele. A zainteresowania wciąż nie było, bo choć na stadiony momentami waliły tłumy, piłka nie potrafiła nawet nawiązać rywalizacji z baseballem, koszykówką czy futbolem amerykańskim. Gdy Ameryka otrzymała od FIFA prawo do organizacji Mistrzostw Świata w 1994 roku wydawało się, że takiej okazji zmarnować nie może – a jednak zmarnowała, bo raz jeszcze zainteresowanie okazało się tylko przejściowe.

Po dziś dzień specjaliści głowili się, jak wypromować sport, który mimo wszelkich prób wciąż wydaje się być egzotyczny. Wydawać by się mogło, że z nieba spadł im człowiek, który raz na zawsze może wybić Amerykanom z głowy omylne pojęcie piłki nożnej jako sportu „dziwnego” i zainteresować tłumy, tyle że tym razem już na zawsze. Bo o ile Cruyff czy Pele mieli umiejętności, o tyle nigdy nie potrafili, tak jak Beckham, znaleźć się w centrum zainteresowania ludzi kompletnie piłką niezainteresowanych i zostać na ich ustach przez całą swoją karierę. Idź i zapytaj mamy, czy wie kto to był Cruyff – jeśli tak, co już samo w sobie byłoby poniekąd dziwne, wyduś z niej jak dobrze go pamięta. Dobra, a teraz zapytaj czy wie, kto to David Beckham. Wie? Przynajmniej powinna.

Hola hola, żeby misja Beckhama, której nadano dumny tytuł „popularyzowania piłki nożnej w kraju, w którym nie istnieje” nie wyglądała na zbyt prosta, trzeba jasno i wyraźnie powiedzieć, że w Ameryce Beckhama przed jego przyjściem nie znał nikt. W dniu jego transferu jedna z amerykańskich stacji informacyjnych wyemitowała dość ciekawy program o jego dotychczasowych osiągnięciach, jakoby promujący jego postać. Na ulice Los Angeles wysłany został również dziennikarz ze zdjęciem ex-maskotki kibiców z Old Trafford, tutaj już tak wesoło nie było. Mężczyznom kojarzył się on z „jakimś piosenkarzem”, zaś kobiety (przeważnie te starsze, bo młodszych nie pytano – zbyt duża ekscytacja i te sprawy) widziały w nim tylko i wyłącznie „gorącego faceta”. Nic o piłce nożnej. Nie padło imię i nazwisko „David Beckham”, choć mniemam, że celowo wycięto urywki z osobami, które Beckhama rozpoznały. Niemniej jednak, Beckham przed swoim transferem był w Ameryce anonimowy i w większości miast mógłby spokojnie przejść ulicą nierozpoznany.

Ale już nie jest. Ci, którym zależało na wykreowaniu wizerunku zawodnika, zadbali o to, by w szybkim czasie znalazł się on na ustach wielu. Najpierw było huczne ogłoszenie transferu 11 stycznia, w dzień moich 18-stych urodzin (nic wspólnego z Beckhamem, ale wypada się pochwalić), a także wyolbrzymienie zarobków zawodnika. 250 milionów dolarów za 5 lat. 50 milionów dolarów rocznie. PIĘĆDZIESIĄT MILIONÓW DOLARÓW! I małym druczkiem „jeśli to, a jeśli tamto”, bo podstawowej pensji w Galaxy ma „tylko” 6.5 miliona dolarów, zaś kontrakty reklamowe w dużej mierze zależą od tego, jak Beckham „się sprzeda”. Niemniej jednak ogłoszenie go najlepiej płatnym sportowcem w historii sportów drużynowych zrobiło wrażenie i nie pozwoliło przejść transferowi bez echa. To był jednak dopiero początek.

Później było oczekiwanie, odliczanie i wreszcie powitanie – co prawda tylko na stadionie i bez najmniejszego udziału tego okrągłego kawałka skóry zwanego „piłką”, ale godne gwiazdy, jaką Beckham niewątpliwie jest. Liczne wywiady, przeszło sześć godzin na stadionie oraz Victoria paradującą po boisku w towarzystwie swoich sztucznych piersi także dały się we znaki Amerykanom oraz stanowiły kolejny sygnał, że na tym na co dzień nieistotnym stadionie dzieje się coś niezwykłego i wcale nie chodzi tu o atak terrorystyczny. W samochody piłkarza zaopatrzyła specjalna ekipa nazwana „Beckham team”, a paparazzi śledzili ich poczynania od pierwszych minut. Istotna rolę w promocji wizerunku swojego „przyjaciela” odegrali także Tom Cruise i Katie Holmes, zwani powszechnie „Tomkatem” (tak jest podobno łatwiej), ale o nich powiemy później.

Punktem kulminacyjnym był jednak sam debiut zawodnika, który w moich oczach wyglądał nieco komicznie. I sam Beckham nie jest tu winny niczego, wszedł na boisko na 12 minut chyba tylko dlatego, że nie wypadało zrobić inaczej. Najpierw były tysiące (nie przesadzam) fotoreporterów śledzących jego przyjazd na stadion. Nie omieszkali wspomnieć, że Beckham przyjechał na stadion sam, nie potrzebował szofera i wysiadł ZZA KIEROWNICY swojego wartego przeszło 60 tysięcy dolarów samochodu terenowego (w Hollywood mało kto by tak potrafił). Później był czerwony dywan prowadzący zawodnika na stadion, błysk fleszów i wreszcie wejście na murawę. Otoczony piszczącymi kobietami i podekscytowanymi mężczyznami, a także setkami żądnych krwi fotoreporterów Beckham pomaszerował na ławkę rezerwowych. I sobie usiadł. Obok piłkarzy, których nie znałem i do tej pory nie znam, prawdopodobnie nigdy nie poznam, ale to już mniej istotne. Oglądając ligi europejskie nigdy nie widziałem, by wokół piłkarza zgromadziło się tylu fotoreporterów i pstrykało mu zdjęcia tylko dlatego, że siedzi na ławce i ma na nazwisko Beckham. Ci piłkarze, którzy siedzieli obok niego, chyba też nie, tak przynajmniej wywnioskowałem z ich min.

Kamera szybko przeszła na trybuny. Tam skoncentrowała się na żonie Beckhama, piękniej Victorii, która meczem zainteresowana raczej nie była – przynajmniej do momentu, gdy na boisku pojawił się jej mąż. Po co miała oglądać łysiejącego Landona Donovana skoro obok siedziała Katie Holmes i Eva Longoria (ta taka modelka, całkiem „seksi” jak na moje oko, ale ja podobno nie mam gustu). Mecz trwał. Chyba mało kto go oglądał, dlatego ESPN postanowiło ułatwić zadanie telewidzom i udostępnić specjalną „Beckham cam”, która co chwile pokazywała nam, co dzieje się z Beckhamem. A gdy wiązał buta, stawała się kamerą główną.

Beckham siedział na ławce, a ja zamiast meczu, co chwile oglądałem wywiady. Był wywiad z Jennifer Love Hewitt (ona jest naprawdę ładna), pokazali na trybunach Kevina Garnetta, Arnolda Schwarzeneggera, co jakiś czas przypominali nam, że Beckham ma żonę i dzieci, a jego żona nowe przyjaciółki. Aż wreszcie 20 minut przed końcem Davidowi przypomniano, że ludzie zapłacili po 200$ za swoje bilety i prawdopodobnie chcą zobaczyć, jak gra ten, którego tak długo reklamowano. Wybiegł więc na rozgrzewkę, na której popisał się nieprawdopodobnym zagraniem – podał piłkę, gdy ta wyszła na aut! Nie muszę chyba mówić, że publiczność skwitowała to ekwilibrystyczne podanie oklaskami na stojąco, a Victorii odpadły cycki. No dobra, nie odpadły. Ale to byłby całkiem dobry materiał do promocji. Po kilku minutach nieco udawanej rozgrzewki Beckham pobiegł po coś do szatni (może chciało mu się siku – sugestia), by za chwilę pojawić się na boisku. W sumie to brakowało tylko petard, bo tak poza tym to było wszystko, czym można przywitać piłkarza – przeciągany okrzyk spikera, brawa na stojąco, jakieś tam nieco śmieszne śpiewy i długo oczekiwany najazd kamery na Victorię. Klaskała. Ale okularów nie zdjęła.

Nowy idol publiczności w Los Angeles spędził na boisku nieco ponad dwanaście minut, przez które piłkę kopnął trzy razy. Raz przypadkowo, raz podał na dłuższą odległość, a raz dośrodkowywał z rzutu rożnego. Raz został tez brutalnie sfaulowany przez nieco brzydszego od siebie Sidwella, który prawdopodobnie pozazdrościł mu kariery. Tym bardziej niewiarygodne było dla mnie, że ESPN wciąż znalazło jakiś materiał do analizy. Normalnie w takich sytuacjach komentator mówi, że „(dajmy na to) Matusiak miał cichy debiut”. Ale nie, Beckham nie miał cichego debiutu. On podał piłkę na jakieś 40 metrów (tylko on sam wie, ile to dokradnie było, sprzętu do pomiarów elektronicznych jeszcze nie kupili), podał piłkę, jak wyszła na aut, był sfaulowany – to był dobry debiut i Beckham naprawdę „zrobił różnicę”.

Mało kogo właściwie obchodziło, że na boisku było 21 innych zawodników, w tym Abel Xavier oraz jedenastu piłkarzy wicemistrza Anglii. Oni się tego dnia nie liczyli. Może kiedy indziej, ale 21 lipca był tylko David Beckham. I ktokolwiek zajął się organizacją debiutu, co by nie mówić, wykonał bardzo dobrą pracę. Tak, wyglądało to nieco komicznie, ale cichy debiut w stylu angielskim nigdy nie zrobiłby wrażenia na ludziach, którzy do tej pory o piłce nie słyszeli. A taki „głośny” debiut się spodobał, nawet Love Hewitt stwierdziła, że „było fajnie”, a w jej oczach pojawiły się kurwiki. No dobra, nie było kurwików, ale na serio to powiedziała.

Widocznie Amerykanom się spodobało, bo już słychać plotki o powrocie do piłki Zidane’a, a także rzekomym zainteresowaniu sprowadzeniem Juana Sebastiana Verona. Oni co prawda nie zainteresują tak wielkich rzeszy jak piękny David, bo ani pół-łysina Zidane’a, ani całkiem-łysina Verona nie dorównają tlenionym włosom Beckhama, ale będą niejako „uzupełnieniem” pierwszego, który odważył się wyruszyć za ocean w XXI wieku i dorabiając do piłkarskiej emerytury zainteresować ludzi swoim zawodem.

I choć Beckhamowi wcale nie musi się udać, bo droga do sukcesu jest kręta i wyboista, to pierwsze kroki z pewnością napawają optymizmem każdego, kto jest z kampanią reklamową w jakikolwiek sposób związany. Za dwa tygodnie hurra-hurra może minąć, a stadiony pozostaną puste, ten czarny scenariusz wcale nie musi się jednak sprawdzać, jeśli Amerykanie pójdą za ciosem. Już w dzień „premiery” Beckhama piłkarze amerykańscy mówili, że piłka do tej pory postrzegana była za coś, z czego nie da się wyżyć – bardziej hobby, niż zawód. Potwierdzają to ich zarobki (radzę spojrzeć na listę płac – lepiej zarabiają robotnicy na budowach niż przeciętni piłkarze). Ktoś taki jak Beckham ma im pokazać, że po pierwsze piłka jest ciekawa, a po drugie śmiało można traktować ją jako „sposób na życie”. A Lindsay Lohan już założyła się z koleżankami, że do końca roku prześpi się z nim na złość Victorii. W grę wchodzi 50 tysięcy dolarów, czyli właściwie nic dla takiej „gwiazdy” jak ona. Jej szanse na zwycięstwo znacznie ogranicza fakt, że Beckhama w więzieniu nie ma.

Na marginesie dodam, że na okres próbny w Los Angeles Galaxy nie zgodzili się Robbie Williams. A szkoda, bo piosenkarz w roli piłkarza na pewno zrobiłby wrażenie. No dobra, niekoniecznie na każdym.

Przewiń na górę strony