Redlog.pl - Manchester United - blog fanów » historia http://redlog.pl Because we are United Redlog.pl - Manchester United - blog fanów http://redlog.pl Sat, 11 Feb 2012 17:46:38 +0000 http://wordpress.org/?v=3.0.1 en hourly 1 http://wordpress.org/?v=3.0.1 Futbolowa retrospekcja http://redlog.pl/2011/09/01/futbolowa-retrospekcja/ http://redlog.pl/2011/09/01/futbolowa-retrospekcja/#comments Thu, 01 Sep 2011 05:46:22 +0000 Lach http://redlog.pl/2011/09/01/futbolowa-retrospekcja/ Futbolowa retrospekcja Pierwszy września to data, która nie wywołuje na twarzach wesołych refleksji. To właśnie tego dnia miliony uczniów „z uśmiechem na twarzy” wraca za szkolną ławę. Niestety chwila ta zasłynęła także z jeszcze jednego, zdecydowanie gorszego wydarzenia. Dokładnie wtedy, w 1939 roku, zaczął się najczarniejszy czas w historii ludzkości. Dzień ten, nie pytając nikogo o zgodę, przerwał wiele planów i marzeń. Zniszczył także polski przedwojenny futbol, bogaty w wiele wydarzeń, który (co jest całkiem możliwe) był wtedy lepszy od dzisiejszego…
»Czytaj dalej

Tagi: historia, piłka nożna, Polska,

]]>
Futbolowa retrospekcja
Pierwszy września to data, która nie wywołuje na twarzach wesołych refleksji. To właśnie tego dnia miliony uczniów „z uśmiechem na twarzy” wraca za szkolną ławę. Niestety chwila ta zasłynęła także z jeszcze jednego, zdecydowanie gorszego wydarzenia. Dokładnie wtedy, w 1939 roku, zaczął się najczarniejszy czas w historii ludzkości. Dzień ten, nie pytając nikogo o zgodę, przerwał wiele planów i marzeń. Zniszczył także polski przedwojenny futbol, bogaty w wiele wydarzeń, który (co jest całkiem możliwe) był wtedy lepszy od dzisiejszego…

» Mecz śmierci: FC Start vs Flakelf

Mistrzostwa Polski po raz pierwszy zorganizowano w 1920 roku. Do 1926 kluby dzielono na okręgi. Zwycięzca okręgu walczył z ekipami, które zajęły pierwsze miejsca w innych częściach kraju. W latach 1927-39 ligę organizowano podobnie jak dzisiaj.

Lwowskie pierwiosnki

Początków polskiego futbolu należy szukać w pierwszy latach XX wieku. Do dziś trwają spory, w jakim regionie piłka najwcześniej zdobyła sympatię. Najczęściej wskazuje się na Kresy Wschodnie. To tam w 1903 roku powstał pierwszy (co najważniejsze, polski) klub o nazwie Czarni Lwów. Krótko potem do grona zespołów z tego miasta dołączyła Lechia oraz chyba najbardziej znana ze wszystkich przedwojennych zespołów, Pogoń. Do derbów dochodziło więc stosunkowo często. Przed I Wojną Światową futbol najlepiej rozwijał się w zaborze Austriackim. Spowodowane to było najmniejszym uciskiem władz w stronę Polaków. Oznaczało to, iż nie było większych problemów z uzyskaniem zgody na zakładanie zgromadzeń sportowych. Nie dziwi więc fakt, iż to właśnie na terenach Galicji oraz sąsiednich piłka przed 1920 rokiem miała się najlepiej. W Lwowie największą rzeszę fanów mieli „Pogoniarze”. Nie oznacza to jednak, iż Czarni grali przy pustych krzesełkach. Co ciekawe, już wtedy odnotowywano pierwsze przypadki bijatyk na stadionach. Najczęściej futbol był tylko dobrą przykrywką, a bójki miały charakter narodowościowo-polityczny. Dochodziło do nich zazwyczaj między Polakami a kibicami Ukrainy Lwów, występującej w lidze okręgowej, której fanatycy pochodzili w większości z ukraińskich grup nacjonalistycznych. Z tego powodu dochodziło do wielu nieoczekiwanych incydentów. Najgłośniejszą sprawą było podpalenie stadionu „Ukraińców”, które nigdy nie zostało wyjaśnione.

Piłkarze Pogoni Lwów z 1908 rokuPoza Lwowem, innym znanym klubem z Kresów był Śmigły Wilno. Klub ten, założony w 1933 przez grupę oficerską Wojska Polskiego, wielkiej kariery nie zrobił. W najwyższej klasie rozgrywkowej rozegrał tylko jeden sezon (1938), który od razu zakończył się spadkiem. Najbardziej utytułowanym klubem z tej części II RP była zdecydowanie Pogoń, która tytuły mistrzowskie zdobywała 5-krotnie (raz nieoficjalnie), 3 razy sięgała po drugie miejsce. Pomimo faktu, iż owy team ostatni swój występ w polskiej lidze zanotował ponad 70 lat temu, zajmuje obecnie świetną 29. pozycję w tabeli wszech czasów polskiej Ekstraklasy, cały czas wyprzedzając m.in. Jagiellonię Białystok czy kielecką Koronę.

Między prawicą, lewicą i Żydami

Wisła Kraków (1928)Kraków to obok wyżej wymienionych Kresów, kolebka polskiego futbolu. To stamtąd wywodzi się najdłużej istniejący polski klub – Cracovia, założony w 1906 roku. Sielanka nie trwała jednak długo. W kilka dni po założeniu klubu „Pasów” powstał lokalny rywal, o dobrze nam dzisiaj znanej nazwie… Tak, była to Wisła. Pojawienie się nowego przeciwnika spowodowało rozłam wśród kibiców spod Wawelu. Ocenia się, że „kosa” między „Craxą” i „Białą Gwiazdą” jest najstarszą w Polsce. Kraków to jednak nie tylko dwa wspomniane kluby. W pamięci starych kibiców na pewno świta jeszcze nazwa Jutrzenki, Podgórza i Garbarni. Jednakże tylko temu ostatniemu na dłużej udało się zagościć w najwyższej klasie rozgrywek. Właśnie w tym mieście najciekawiej rozkładają się sympatie do poszczególnych klubów. Otóż drugoplanową rolę pełniło to, na jakiej mieszkałeś ulicy. Kibicowanie było ściśle związane z poglądami politycznymi, a nawet religijnymi. Wiślaków wspierali prawicowcy oraz duża część mieszczaństwa (dokładnie ta, która uważała się za Polaków). Cracovia mogła liczyć przede wszystkim na fanów z kręgów liberalnych wraz z krakowską inteligencją. Wspierała ją także pokaźna grupa Żydów z miasta i okolic. Stąd do dzisiaj na meczach ligowych zdarzają się antysemickie hasła pod adresem tego zespołu. Za Garbarnię kciuki ściskały najbiedniejsze warstwy społeczne, na czele z robotnikami z Ludwinowa (jednej z dzielnic miasta). Najbardziej utytułowaną drużyną była Cracovia, która do 1939 czterokrotnie sięgała po krajową wiktorię. Co ciekawe to właśnie w tym mieście odbył się pierwszy polski transfer między dwoma klubami. Z czynu tego zasłynęła Garbarnia, która mniej więcej od końcówki lat 20 przestała bazować wyłącznie na swoich wychowankach.

Stolica

Jedni z pierwszych piłkarzy Polonii Warszawa (1906)Oficjalnie przyjmuje się, że najstarszym klubem Warszawy jest Polonia, założona w 1911 roku. Klub powstał w wyniku połączenia wielu sekcji piłkarskich w mieście. Nazwa „Polonia” została wybrana nieprzypadkowo. Miała ukazać patriotyzm Polaków oraz odwagę wobec rosyjskiego zaborcy. Kolor koszulek (czarny) miał rzekomo ukazywać żałobę wobec utraconej ojczyzny. Inni twierdzą, że czarny odcień T-Shirtów wybrany został tylko dlatego, iż po prostu jest mało podatny na brud… Zbieżność między dwoma opcjami – jak widać ogromna. Być może „Duma Stolicy” nie trafiłaby na godnego siebie rywala, gdyby nie wybuch pierwszej wojny światowej. Właśnie wtedy (dokładnie w 1916) żołnierze Legionów Polskich założyli swój własny klub. Na początku zespół składał się wyłącznie z wojskowych, natomiast w zarządzie zajmowali stanowisko głównie dowódcy o odpowiednim stopniu. Nazwa „Legia” pochodziła od słowa „legion”. Jej zadaniem było utożsamianie klubu ze służbami mundurowymi. Jednakże wraz z końcem I WŚ drużynę rozwiązano, by w 1920 powstała na nowo. Główną zmianą w stosunku do poprzedniego teamu była możliwość gry w pierwszym składzie cywili.

Lata przedwojenne nie były mimo wszystko najlepszym czasem dla „Legionistów”. Piłkarze wygrywali mecze derbowe z Polonią czy Warszawianką, lecz ich najlepszą lokatą w dwudziestoleciu międzywojennym było raptem trzecie miejsce, zdobywane trzykrotnie. Do historii przeszedł pamiętny mecz z nieistniejącą już Europą Barcelona, na otwarcie stadionu przy Łazienkowskiej, zakończony remisem 1:1. Ostatnim liczącym się klubem stolicy była wspomniana już Warszawianka. O klubie tym można powiedzieć jedynie tyle, iż jako jeden z dwóch polskich zespołów w całej historii (obok Pogoni Lwów), nigdy nie spadł z najwyższej klasy rozgrywkowej. Większych sukcesów nigdy nie zanotował.

Sympatie co do poszczególnych klubów oraz kręgi im wtedy kibicujące zmieniły się diametralnie w stosunku do tego co mamy dzisiaj. Wystarczy powiedzieć, że większość dzielnic Warszawy kibicowała Polonii (!). „Czarne Koszule” dysponowały stosunkowo przytłaczającą rzeszę fanów w stosunku do Legii czy Warszawianki. Gromadziły na swoim stadionie przedstawicieli praktycznie każdej warstwy społecznej w mieście. Poprzez miejscowych endeków i liberałów, a na zasymilowanych Żydach skończywszy. O kibicach „Wojskowych” można by powiedzieć w skrócie, iż byli mieszanką inteligencji i pospólstwa. Oczywiście honorowe miejsca zawsze zarezerwowane były dla zwierzchników sił zbrojnych lub ich popleczników. Należy także dodać wielu znanych dziennikarzy czy ludzi związanych z finansami. Na Łazienkowską chodziła także grupa socjalistów, która wspierała wszystkie kluby robotnicze (do których zaliczała się także Legia). Do Warszawianki należeli zazwyczaj najbiedniejsi mieszkańcy miasta (podobnie jak Garbarnia w Krakowie). Zwłaszcza z Woli i Ochoty, znajdującej się niedaleko stadionu „Czarno-białych”. Z perspektywy czasu, ciężko ocenić, który stołeczny klub zaliczył największe osiągnięcia, gdyż żaden nie zdobył mistrzostwa. Jedną z głównych przyczyn była mała popularność tego sportu w stosunku chociażby do miast Galicji. Jednak najbliżej tego celu była w 1921 roku Polonia i to chyba jej należy oddać palmę pierwszeństwa tamtej epoki…

Śląski kocioł

Z pewnością w żadnej innej części II RP nie było takiego galimatiasu (o dziwo nie tylko futbolowego), jak na Śląsku. Zliczyć wszystkie kluby tego regionu to zadanie, śmiało można powiedzieć, niewykonalne. Dlatego my skupimy się tylko na tej części, która dzięki postanowieniom wersalskim trafiła do Polski. W początkach, piłka nożna nie miała się na Śląsku dobrze. Spowodowane było to tym, że Polacy stanowili tę biedniejszą połowę śląskiego społeczeństwa. Stąd klubów nie stać było nawet na wynajem boisk do gry, gdyż miejscowe place należały do tamtejszych Niemców, którzy celowo zawyżali cenę za grę na swoim „polu”. Pierwszym mistrzem okręgu został (w 1922) Ruch Bismarckhuta/Hajduki (protoplasta dzisiejszego Ruchu Chorzów). Z czasem, gdy kluby tego regionu robiły się coraz bogatsze, śląski okręg stał się najbardziej prestiżowym w kraju. Najbardziej znanym zespołem byli właśnie „Niebiescy”. Na Śląsku notowano także największą frekwencję. Do historii przedwojennych pojedynków przeszły starcia „Niebieskich” z AKSem Królewska Huta, na których gromadziło się 30 000 kibiców. Do najbardziej utytułowanego zespołu należał Ruch Hajduki Wielkie, który, jak widzimy, był najlepszy ze wszystkich śląskich drużyn praktycznie pod każdym względem. Po krajowe zwycięstwo zespół sięgał pięciokrotnie. Wszystkie trofea zdobywając w latach trzydziestych.


Przedstawiłem pokrótce 4 najważniejsze okręgi futbolowe II RP. Jak widzimy wiele było wspaniałych klubów, które albo wraz z rozpoczęciem wojny rozwiązano (np. Czarni Lwów) lub zniszczył je komunistyczny aparat (np. Warszawianka). Mnie zastanawia tylko jedno. Gdzie byłaby dziś polska piłka klubowa, gdyby data 1.09.1939 okazała się tylko zwyczajnym dniem?

historia, piłka nożna, Polska,


Copyright © 2012 Redlog.pl Manchester United - blog fanów. Ten kanał RSS jest przeznaczony tylko do użytku niekomercjalnego. Jeśli nie czytasz go w agregatorze wiadomości RSS, strona na którą patrzysz łamie prawa autorskie. Prosimy o kontakt legal@redlog.pl aby podjąć odpowiednie działania.
]]>
http://redlog.pl/2011/09/01/futbolowa-retrospekcja/feed/
Historia pewnej porażki http://redlog.pl/2011/06/17/historia-pewnej-porazki/ http://redlog.pl/2011/06/17/historia-pewnej-porazki/#comments Fri, 17 Jun 2011 05:09:53 +0000 Silvan http://redlog.pl/2011/06/17/historia-pewnej-porazki/ Historia pewnej porażki 9 kwietnia 1997 roku, trwa kolejna kampania europejska Manchesteru United, który pod wodzą Alexa Fergusona stara się nawiązać do sukcesów z 1968 roku i rzucić wyzwanie europejskim potęgom. W półfinale Ligi Mistrzów trafia na niezwykle trudnego rywala, jakim była w owym czasie Borussia Dortmund, kierowana przez Ottmara Hitzfelda. W pierwszym meczu rozgrywanym w Niemczech skład United oparty był na świetnych, chociaż niedoświadczonych wychowankach i zawodnikach sprowadzonych do klubu w młodym wieku.
»Czytaj dalej

Tagi: Eric Cantona, historia,

]]>
Historia pewnej porażki
9 kwietnia 1997 roku, trwa kolejna kampania europejska Manchesteru United, który pod wodzą Alexa Fergusona stara się nawiązać do sukcesów z 1968 roku i rzucić wyzwanie europejskim potęgom. W półfinale Ligi Mistrzów trafia na niezwykle trudnego rywala, jakim była w owym czasie Borussia Dortmund, kierowana przez Ottmara Hitzfelda. W pierwszym meczu rozgrywanym w Niemczech skład United oparty był na świetnych, chociaż niedoświadczonych wychowankach i zawodnikach sprowadzonych do klubu w młodym wieku.

Jedynie w obronie i bramce zagrali bardziej doświadczeni zawodnicy, jak Gary Pallister, Denis Irwin oraz Holender Raimond van der Gouw, będący nominalnym zmiennikiem Petera Schmeichela. Poza nimi obronę tworzyli młody Norweg Ronny Jonhsen oraz nieopierzony Anglik Gary Neville. Na skrzydłach hasali dwaj wychowankowie klubu Ryan Giggs i David Beckham. Środek pola należał do prawdziwych walczaków Nickiego Butta i Roya Keane’a, natomiast w ataku zagrali niemniej legendarni Ole Gunnar Solskjaer i Eric „The King” Cantona. W późniejszym etapie meczu na boisku pojawił się również inny młody wychowanek United, jakim był Paul Scholes.

Zasiadający w fotelu przed telewizorem 12-sto latek nie miał pojęcia, że ten wieczór zmieni coś w jego życiu. Chciał jedynie obejrzeć dobry mecz, aby mieć się na czym wzorować w podwórkowych meczach, których inauguracja nastąpiła dość późno ze względu na mokry i zimny początek wiosny. Kiedy patrzyłem na składy obu zespołów nazwiska zawodników nie mówiły mi zbyt wiele, poza jednym… Cantona. Nazwisko to zaczęło przewijać się ostatnio wśród starszych kolegów i zawsze wypowiadane było z niemałym podziwem. Oczywiście było ono jednym z pierwszych „zaklepanych” nazwisk przed rozpoczęciem meczu. Prawdziwy panteon sław biegał wtedy po naszym podwórku, np. Romario, Roberto Baggio, Maldini czy van Basten, bramkarze bili się o Schmeichela, który niedawno zwyciężył mistrzostwo Europy z drużyną Danii. Nagle zaczęło się pojawiać nazwisko Cantona, „kim w ogóle jest ten Cantona?! że niby taki dobry?…” wieczór miał przynieść odpowiedzi.

Ryan GiggsPierwszy w moim życiu mecz Manchesteru United obejrzałem z zapartym tchem, jakoś wcześniej piłka nożna (no chyba że w wykonaniu kadry narodowej) nigdy nie budziła we mnie aż tak wielkich emocji. United napierali niemal od początku spotkania. Keane i Butt świetnie rozrzucali piłki, a niemieccy obrońcy nie mogli uporać się z młodymi szybkimi skrzydłowymi. Giggs wkręcał obrońców w ziemię, a kiedy piłka wędrowała na prawo, Beckham wrzucał ją w pole karne, niemal zawsze powodując zagrożenie. Nic jednak nie działo się bez udziału Erica Cantony. Fenomenalnie ustawiał się przy kontrach, otwierając sobie drogę do piłki, zawsze potrafił znaleźć partnerów dokładnym podaniem, a nawet wracał się pod własne pole karne, czym uratował Czerwone Diabły od straty gola w drugiej połowie meczu. Prawdziwy lider, który, mimo że grał jako napastnik, był dosłownie wszędzie, dowodził i inspirował młodszych kolegów do walki z teoretycznie silniejszym rywalem i stwarzał różnicę gdziekolwiek się pojawił.

Nicky ButtRodzący się we mnie ogromny podziw dla tej drużyny rósł z każdą chwilą, kiedy mistrzowie Anglii walczyli o każdy centymetr boiska, a Giggs, Beckham czy Gary Neville młodzieńczą werwą i zapałem z nawiązką niwelowali różnicę dzielącą ich poziom sportowy od doświadczonych rywali. Komentator (chyba Szpakowski) wspominał o bitwie chłopców z mężczyznami, w której decydująca jest ambicja tych pierwszych. Po mniej udanej kontrze kamera uchwyciła z daleka jakiegoś faceta w czarnym płaszczu i śmiesznych okularach blisko ławki United, „pewnie trener… tylko czego on się tak na nich wydziera?! przecież chłopakom idzie bardzo dobrze!, nie chwila… ten gość tylko patrzy, a szczęka skacze mu od żucia gumy!”. Pamiętam, że z jakiegoś powodu to wzbudziło we mnie sympatię. Był to pierwszy raz, kiedy Ferguson doprowadził Manchester United tak daleko i mógłbym przysiąc, że nigdy później częstotliwość ruchu jego szczęki przy żuciu Orbitek nie była tak wysoka jak wtedy.

Gary PallisterPomimo świetnego meczu to nie drużyna Czerwonych Diabłów cieszyła się po końcowym gwizdku. Jak to czasem w piłce bywa, lepsza drużyna pomimo przewagi schodzi ostatecznie z boiska pokonana. Borussia w 76. minucie meczu przechyliła szalę zwycięstwa na swoją korzyść, zabrakło trochę szczęścia i koncentracji, przez co nie udało się sprawić niespodzianki i pokonać świetnie wyszkolonej i poukładanej drużyny z Dortmundu. Mimo że United wracali do domu na tarczy, dla mnie i tak byli zwycięzcami. Postanowiłem, że decydujący o finale mecz na Old Trafford będę jakoś musiał obejrzeć, chociaż w TVP nie było transmisji. Z pomocą pospieszył mi kolega, nagrywając mecz z jakiegoś niemieckiego programu na satelicie (kaseta vhs prawdopodobnie nadal wala się gdzieś po piwnicy).

Rewanż w Teatrze Marzeń miał podobny przebieg jak pierwsze spotkanie, z tym że Niemcy już w 8. minucie zdobyli bramkę i byli w bardzo komfortowej sytuacji. Mimo niekorzystnego wyniku United atakowali bramkę rywali bezustannie, ich akcje były efektowne i mecz naprawdę mógł się podobać. Nigdy wcześniej nie widziałem drużyny przegrywającej w taki sposób, okazując tak ogromnego ducha walki, odmawiając złożenia broni, nawet w sytuacji beznadziejnej. Było w tym coś niesamowitego i wyjątkowego. Nawet kiedy było pewne, że Czerwone Diabły nie zdążą już strzelić trzech goli dających im awans i tak atakowali, bo chcieli dać kibicom coś specjalnego i tak właśnie się stało. Aby stać się bohaterem nie trzeba wcale zawsze wygrywać, trzeba za to dać z siebie wszystko i jeśli los nie sprzyja, to stawić czoło porażce, aby później móc mieć świadomość, że zrobiło się wszystko, co w naszej mocy, a kiedy opadnie kurz, spróbować jeszcze raz. Tego właśnie nauczył mnie Manchester United i w taki właśnie sposób obrócił porażkę w zwycięstwo.

Eric Cantona, historia,


Copyright © 2012 Redlog.pl Manchester United - blog fanów. Ten kanał RSS jest przeznaczony tylko do użytku niekomercjalnego. Jeśli nie czytasz go w agregatorze wiadomości RSS, strona na którą patrzysz łamie prawa autorskie. Prosimy o kontakt legal@redlog.pl aby podjąć odpowiednie działania.
]]>
http://redlog.pl/2011/06/17/historia-pewnej-porazki/feed/
We’ll never die http://redlog.pl/2011/02/10/well-never-die/ http://redlog.pl/2011/02/10/well-never-die/#comments Thu, 10 Feb 2011 13:44:52 +0000 Silvan http://redlog.pl/2011/02/10/well-never-die/ We'll never die To, co jest niezwykłe z punktu widzenia kibica Manchesteru United, to fakt, że poznając niesamowitą historię tego wielkiego klubu, stale może się przekonywać o jego wyjątkowości. Tak jak w przypadku katastrofy w Monachium w 1958 roku, która pochłonęła życie zawodników, których, gdyby przeżyli, moglibyśmy zapewne teraz śmiało nazywać legendami United. Ludzka śmierć, zwłaszcza przedwczesna, w kwiecie wieku, zawsze jest tragedią, z którą trudno jest się pogodzić, aby jednak zrozumieć, co ta tragedia oznaczała dla Manchesteru United, trzeba uzmysłowić sobie jak wyglądała sytuacja klubu w sezonie 1957/58, tuż przed katastrofą.
»Czytaj dalej

Tagi: historia, Monachium 1958, Sir Matt Busby,

]]>
We'll never die
To, co jest niezwykłe z punktu widzenia kibica Manchesteru United, to fakt, że poznając niesamowitą historię tego wielkiego klubu, stale może się przekonywać o jego wyjątkowości. Tak jak w przypadku katastrofy w Monachium w 1958 roku, która pochłonęła życie zawodników, których, gdyby przeżyli, moglibyśmy zapewne teraz śmiało nazywać legendami United. Ludzka śmierć, zwłaszcza przedwczesna, w kwiecie wieku, zawsze jest tragedią, z którą trudno jest się pogodzić, aby jednak zrozumieć, co ta tragedia oznaczała dla Manchesteru United, trzeba uzmysłowić sobie jak wyglądała sytuacja klubu w sezonie 1957/58, tuż przed katastrofą.

W tamtych latach Manchester United Sir Matta Busby’ego był drużyną wiodącą prym w lidze angielskiej, twardo walczącą o trzeci z rzędu tytuł mistrza Anglii, będącą również ostatnim zdobywcą Charity Shield. United byli na fali dzięki serii 11. meczów w lidze bez porażki. Czerwone Diabły odrabiały wówczas przewagę do lidera tabeli – drużyny Wolverhampton Wanderers, która stopniała do 6 punktów. W FA Cup United również radzili sobie bardzo dobrze, mając mierzyć się w półfinale z drużyną Sheffield Wednesday, na drodze do drugiego z rzędu finału tych rozgrywek. W Pucharze Europy (będącym odpowiednikiem obecnej Ligi Mistrzów) United dotarli do ćwierćfinału i po pierwszym meczu, wygranym 2:1  na Old Trafford, byli już myślami przy, mającym się odbyć niedługo na terenie rywali, rewanżu. Jednak przed kolejnym meczem w europejskim pucharze, Czerwone Diabły czekała jeszcze bardzo trudna przeprawa na Highbury…

Ostatni mecz na angielskiej ziemi przed wyjazdem do Belgradu

Niecały tydzień przed katastrofą lotniczą, 1 lutego 1958 roku United rozegrali rewelacyjny ligowy szlagier, pokonując na Highbury Arsenal 4:5. Zwycięstwo tym cenniejsze, że szkocki szkoleniowiec United, Matt Busby, postanowił dać odpocząć kilku kluczowym zawodnikom jak skrzydłowy David Pegg, Johnny Berry oraz Liam Whelan, aby byli oni gotowi na rewanżowy mecz ćwierćfinałowy Pucharu Europy z Czerwoną Gwiazdą w Belgradzie. Kapitanem United w tym meczu był Roger Byrne, który pełnił tę rolę już od trzech sezonów, jeden z tych, którzy zginęli zaledwie kilka dni później. Pierwszą bramkę tamtego meczu zdobył następny zawodnik, któremu przyszło wkrótce potem przedwcześnie odejść z tego świata, jedna z najjaśniejszych postaci United tamtego okresu – Duncan Edwards. Była to typowa bramka Edwardsa, grającego na pozycji pomocnika, który słynął z atomowego uderzenia. W tym przypadku było ono tak silne, że mimo interwencji, bramkarz Arsenalu musiał skapitulować. Warte odnotowania jest to, że Duncan, mimo statusu gwiazdy, miał jedynie 21 lat. Dzięki wyśmienitej formie prezentowanej w United, zagrał dla Anglii już osiemnastokrotnie, a jego gol był 19. trafieniem dla United w sezonie. Mecz okazał się być prawdziwym klasykiem, w którym walczący do końca Arsenal dobił ostatecznie dopiero rewelacyjny napastnik United – Tommy Taylor, autor dwóch bramek (111. oraz 112. w barwach klubu), w tym tej decydującej o ostatecznym zwycięstwie. Dla wspomnianych strzelców bramek były to ostatnie gole w ich życiu, stanowiące swojego rodzaju epitafium dla „The Busby Babes”, ponieważ w rewanżowym spotkaniu z Czerwoną Gwiazdą w Belgradzie, bramki dające United awans do półfinału Pucharu Europy (w którym jak się później okazało los skierował ich na AC Milan) strzelali już Bobby Charlton oraz Dennis Viollet, którym udało się przeżyć katastrofę.

Skutki tragedii

Katastrofa odebrała życie siedmiu zawodnikom United, wśród których byli: Geoff Bent, Mark Jones, Roger Byrne (kapitan zespołu, któremu nie było dane dowiedzieć się, że niedługo zostanie ojcem), Eddie Colman, Mark Jones, David Pegg, Tommy Taylor i Liam „Billy” Whelan, kolejną ofiarą został Duncan Edwards (do tamtej chwili najmłodszy reprezentant Anglii), który umarł wskutek odniesionych obrażeń dwa tygodnie później a urazy dwóch kolejnych zawodników: Johnnyego Berry oraz Jackie Blanchflowera, spowodowały, że musieli oni przedwcześnie zakończyć karierę. Trener United, Matt Busby, znalazł się w szpitalu w stanie ciężkim. Wszyscy zawodnicy odnieśli mniej lub bardziej poważne obrażenia i nie byli zdolni do gry. Najlepsza drużyna Anglii ostatnich lat, która rzucała wyzwanie także najlepszym drużynom na starym kontynencie, z dnia na dzień znalazła się w całkowitej rozsypce…

Kiedy cały Manchester okrywał się żałobą, wciąż niepewny los czekał ofiary katastrofy przebywające w szpitalu. Do miasta dotarła smutna wiadomość o śmierci nadziei angielskiej piłki – Duncana Edwardsa, a Matt Busby był bliski śmierci, otrzymując ostatnie namaszczenie dwa razy, zanim rokowania stały się bardziej obiecujące. Wszyscy spodziewali się, że lista ofiar może w każdej chwili wydłużyć się o kolejne nazwiska.

Starcie z rzeczywistością

W najtrudniejszej chwili w całej barwnej historii Manchesteru United, próby zapanowania nad zaistniałym chaosem podjął się asystent Busby’ego, Jimmy Murphy, który nie poleciał do Belgradu ze względu na pobyt w Cardiff, ponieważ godził on pracę w klubie z obowiązkami selekcjonera reprezentacji Walii. Musiał on skompletować skład na nadchodzący półfinał FA Cup z Sheffield z zawodników głębokich rezerw oraz najzdolniejszych młodych zawodników akademii. Niektórzy zawodnicy, którzy przeżyli katastrofę nie odnosząc poważnych urazów, jak Bobby Charlton, fizycznie byli zdolni do gry, ale mając w pamięci niedawny dramat, nie byli w stanie wybiec na boisko, zasiedli jednak na trybunach Old Trafford. Sparaliżowani powagą sytuacji i atmosferą żałoby na trybunach mistrza Anglii, piłkarze Sheffield przegrali z całkowicie inną drużyną United, niż ta, którą wcześniej pokochali kibice z Old Trafford, aż 3:0 i Czerwone Diabły sensacyjnie awansowały do finału FA Cup. Później nie było już tak łatwo, pomimo tego, że władze angielskiej federacji piłkarskiej zdecydowały się poczynić wyjątek i zezwolić klubowi na dokonywanie transferów poza okienkiem transferowym, United byli jedynie cieniem drużyny, która od trzech sezonów dominowała w rodzimej lidze. Cień tragedii ciążył mocno nad klubem z czerwonej strony Manchesteru i coraz częściej pojawiały się głosy, że ten już się nie podniesie. Nie był to jednak koniec wielkiego Manchesteru United.

Współczucie dla rozbitego tragedią w Monachium mistrza Anglii okazywali, z małymi wyjątkami, wszyscy na Wyspach Brytyjskich, ale nie tylko. Po zwycięskim remisie „Busby Babes” w Belgradzie, w półfinale Pucharu Europy United mieli mierzyć się z drużyną AC Milan, która okazała w pierwszym meczu wielki gest solidarności, desygnując do gry jedenastkę złożoną z zawodników rezerwowych. Jednak w rewanżu nie było już taryfy ulgowej i United przegrali dwumecz z mistrzem Włoch stosunkiem 2:5. Do końca sezonu drużynie Murphy’ego udało się zwyciężyć w lidze zaledwie jeden raz i ostatecznie Manchester United, zamiast walczyć o trzecie z rzędu mistrzostwo, zakończył sezon na dziewiątej pozycji, przegrywając również w finale FA Cup z drużyną Boltonu 2:0.

Tworzenie historii

Finałowy mecz FA Cup, mimo że przegrany, miał jednak wymiar symboliczny, ponieważ, po długim okresie rekonwalescencji, do United powrócił jego trener i mentor – Matt Busby i poprowadził drużynę pierwszy raz od pamiętnego meczu z Czerwoną Gwiazdą. Powrót do pracy nie był łatwy dla szkockiego szkoleniowca, który bardzo mocno przeżył śmierć swoich podopiecznych. Dochodząc do zdrowia w Szwajcarii, Matt Busby zaszył się z dala od całego świata, myśląc o skończeniu z piłką nożną, jednak dzięki żonie wyszedł z głębokiej depresji i odnalazł znowu w sobie motywację i miłość do tego sportu.
Od kolejnego sezonu Busby rozpoczął trudne zadanie budowania drużyny od początku. Jego powrót wlał nadzieję w serca tych, którzy przeżyli i byli zdolni do gry. Okazał się być prawdziwym przywódcą, który zjednoczył znowu serca i umysły swoich podopiecznych. Przywrócenie dawnej chwały nie było jednak zadaniem łatwym, ponieważ poziom ligi podniósł się jeszcze bardziej i do głosu dochodziły drużyny Tottenhamu oraz Ipswich Town, kolejno zdobywając mistrzostwo Anglii. Liderami drużyny stali się młodzi zawodnicy jak Bobby Charlton, mimo ogromnego talentu, nie do końca przygotowani do nowej roli. United musieli zainwestować, decyzja o sprowadzeniu młodych zawodników, którzy dawali nadzieję na przyszłość, nie zmieniła jednak natychmiastowo oblicza, przeciętnie prezentującego się, United.

The Red Devils

Matt Busby, poza odpowiednim podejściem do młodych zawodników, których wychowywał na gwiazdy, okazał wyjątkowy dar rozpoznawania talentu, czego dowodem było sprowadzenie do klubu z Old Trafford m. in. Dennisa Law oraz Paddy’ego Creranda. Kiedy dwaj wymienieni zawodnicy rozwijali swoje umiejętności, pod okiem legendarnego trenera dorastała też kolejna generacja młodych piłkarzy, z których największym talentem okazał się George Best. Zadebiutował on w barwach United w wieku lat siedemnastu i stał się istną sensacją, rozgrywając w tym sezonie 26 spotkań i strzelając 6 bramek. Busby, widząc rosnącą siłę Manchesteru United, zadecydował, że dotychczasowy przydomek: „The Busby Babes” (Dzieciaki Busby’ego) jest zbyt „miękki” i będąc pod wrażeniem odnoszącej sukcesy w latach 30-tych drużyny rugby z Salford, która grała w czerwonych strojach, nadał po raz pierwszy swojej młodej drużynie budzący respekt przydomek – „The Red Devils” Wkrótce potem herb klubu oraz szaliki kibiców zostały wzbogacone o wizerunek diabła, który stanowi symbol klubu do dnia dzisiejszego.

Rok 1963 okazał się przełomowy i przyniósł pierwszy klubowy sukces od czasu tragedii w Monachium. Zabójcze trio: Charlton, Law oraz młodziutki Best, wspomagane przez solidną linię defensywną, od której Busby zaczynał budować zespół, budziło respekt w całym kraju. Czerwone Diabły zdobyły sobie szacunek i prawo do noszenia tego nowego, groźnie brzmiącego przydomku, przez pamiętne zwycięstwo w finale FA Cup z drużyną Leicester City 3:1. W kolejnym sezonie United udowodnili, że nie był to jednorazowy przebłysk formy. Eksplozje talentu Besta oraz Lawa, który zdobył aż 46 bramek we wszystkich rozgrywkach, a także stała wysoka forma Bobby’ego Charltona, sprawiły, że United zakończyli sezon na drugiej pozycji, by w kolejnym sięgnąć po mistrzostwo, dzięki lepszemu bilansowi bramkowemu od Leeds. Proces odbudowy został zakończony a United porównywano do feniksa, który odradza się z popiołów. Jedynymi zawodnikami w tej drużynie, którzy pamiętali tragedię w Monachium, byli: napastnik Bobby Charlton oraz środkowy obrońca i weteran drużyny, Bill Foulkes, który przejął opaskę kapitańską, wypełniając lukę, jaką pozostawił tragicznie zmarły, Roger Byrne.

Epilog?

W kolejnych latach drużyna Busby’ego kontynuowała świetną passę, udowadniając tym, którzy wcześniej ich skreślili, że nawet wielka tragedia jaka wydarzyła się w Monachium, nie jest w stanie złamać ducha tak wielkiego klubu, jakim jest Manchester United. Najlepsze miało jednak dopiero nadejść, ponieważ United nie tylko powstali z martwych, ale także podjęli misję podboju Europy, przerwaną w tak straszny sposób po meczu w Belgradzie, dającym awans do półfinału Pucharu Europy. W kolejnym sezonie, po odzyskaniu mistrzostwa, United pokrzepieni sukcesem Sir Bobby’ego Charltona w Mistrzostwach Świata, sięgnęli po Puchar Europy. Stawiając po drodze czoła Górnikowi Zabrze, w półfinale pokonując sam Real Madryt, a w finale – Benficę Lizbona, w której szeregach grał wówczas genialny Eusebio. Mecz finałowy do 90 minuty pozostawał nierozstrzygnięty, ponieważ utrzymywał się remis 1:1. W końcówce, szansę na zwycięstwo Benfici zaprzepaścił wspomniany Eusebio, który zmarnował jedenastkę (brzmi znajomo?), jednak przeznaczenie najwyraźniej było tego wieczoru po stronie United. Po 90 minucie strzelali już tylko zawodnicy Busby’ego, by w dramatycznych okolicznościach Manchester United ostatecznie zwyciężył 4:1. Zwycięstwem tym uczczono 10. rocznicę monachijskiej tragedii, a Matt Busby, rok po swoim podopiecznym Bobby’m Charltonie, został uhonorowany tytułem szlacheckim Imperium Brytyjskiego.

To właśnie niezłomny duch, zaszczepiony zawodnikom przez Sir Matta, sprawił, że drużyna zdołała powrócić do ścisłej czołówki światowego futbolu. Pomimo że w drużynie byli już tylko dwaj zawodnicy, którzy przeżyli katastrofę, to jednak niezłomny duch i świadomość, że grają dla tych, którzy zginęli, towarzyszył także nowym i dorastającym w klubie zawodnikom. Manchester United znany jest dzisiaj z niesamowitych powrotów, jednak największy z nich miał miejsce bezpośrednio po tragedii, która tak mocno dotknęła ten klub. Duch Manchesteru United przetrwał do dzisiaj i nadal jest w stanie sprawić, że United są w stanie obrócić porażkę w zwycięstwo. Dziedzictwo Sir Matta Busby’ego kontynuowane jest przez Sir Alexa Fergusona, który, mimo że przegonił wielkiego poprzednika pod kilkoma względami, to jednak nigdy nie musiał stawić czoła takiemu strasznemu przeciwnikowi jak Sir Matt i oby nigdy nie musiał.

Niestety Sir Matt Busby już odszedł, ale zawsze blisko United pozostaje Sir Bobby Charlton, sympatyczny, elegancki staruszek, którego kamery czasami wychwytują na trybunach Old Trafford. To on jest teraz aniołem na ramieniu tego klubu i to on po raz pierwszy użył określenia „Theatre of Dreams” (Teatr Marzeń), które oficjalnie zostało drugą nazwą Old Trafford. Spotyka się z zawodnikami przy okazji rocznicy monachijskiej tragedii, przekazuje swoje wspomnienia i odczucia, by wszyscy, którzy grają teraz z diabłem na koszulce, wiedzieli jaki to honor i co oznacza bycie częścią tego klubu. To właśnie ze względu na takich ludzi jak on, United znajduje sobie sympatię kibiców nie tylko w Anglii, ale na całym świecie. Manchester United jest klubem niepowtarzalnym, jedynym w swoim rodzaju, z piękną doniosłą historią, który pozostaje wierny pięknym tradycjom i zawsze walczy do końca. Czuję się dumny mogąc nazywać siebie kibicem Czerwonych Diabłów.

historia, Monachium 1958, Sir Matt Busby,


Copyright © 2012 Redlog.pl Manchester United - blog fanów. Ten kanał RSS jest przeznaczony tylko do użytku niekomercjalnego. Jeśli nie czytasz go w agregatorze wiadomości RSS, strona na którą patrzysz łamie prawa autorskie. Prosimy o kontakt legal@redlog.pl aby podjąć odpowiednie działania.
]]>
http://redlog.pl/2011/02/10/well-never-die/feed/
Legendy: Teddy Sheringham – człowiek, który zmienił bieg historii http://redlog.pl/2009/09/25/legendy-teddy-sheringham-czlowiek-ktory-zmienil-bieg-historii/ http://redlog.pl/2009/09/25/legendy-teddy-sheringham-czlowiek-ktory-zmienil-bieg-historii/#comments Fri, 25 Sep 2009 14:16:56 +0000 Vtg87 http://redlog.pl/2009/09/25/legendy-teddy-sheringham-czlowiek-ktory-zmienil-bieg-historii/ Legendy: Teddy Sheringham - człowiek, który zmienił bieg historii Gdyby ktoś mu kiedyś powiedział, jak ważną rolę odegra w jednym z najlepszych klubów na świecie, zapewne nigdy by w to nie uwierzył. Czy była to rola, czy jedynie epizod, do dziś pozostaje kwestią dyskusyjną. Bezapelacyjnie zaś nazwisko Sheringhama jest tym, które kibice wspominają częściej, niż wielu innych piłkarzy, grających nawet niegdyś w Manchesterze United przez wiele, wiele lat. I choć po kilku latach zawodowej kariery eksperci wróżyli mu, że będzie diabelsko dobry, ale sukcesów nie osiągnie, to popularnego Teddy'ego do bram raju, a właściwie piekła, doprowadziły zaledwie cztery lata z herbem Czerwonych Diabłów na sercu. No i te dwie akcje w końcówce jednego z meczów, które nieco zmieniły bieg historii futbolu, a zdecydowanie bieg historii Manchesteru United.
»Czytaj dalej

Tagi: historia, Legendy, Teddy Sheringham,

]]>
Legendy: Teddy Sheringham - człowiek, który zmienił bieg historii
Gdyby ktoś mu kiedyś powiedział, jak ważną rolę odegra w jednym z najlepszych klubów na świecie, zapewne nigdy by w to nie uwierzył. Czy była to rola, czy jedynie epizod, do dziś pozostaje kwestią dyskusyjną. Bezapelacyjnie zaś nazwisko Sheringhama jest tym, które kibice wspominają częściej, niż wielu innych piłkarzy, grających nawet niegdyś w Manchesterze United przez wiele, wiele lat. I choć po kilku latach zawodowej kariery eksperci wróżyli mu, że będzie diabelsko dobry, ale sukcesów nie osiągnie, to popularnego Teddy’ego do bram raju, a właściwie piekła, doprowadziły zaledwie cztery lata z herbem Czerwonych Diabłów na sercu. No i te dwie akcje w końcówce jednego z meczów, które nieco zmieniły bieg historii futbolu, a zdecydowanie bieg historii Manchesteru United.

Cudowny, piłkarski rok

Rok 1966 był szczególnym nie tylko w przypadku piłki angielskiej. Popularna reklama donośnie przypominała, że w tym roku urodził się Eric Cantona. Miała ona na celu zapewne lekkie zszokowanie opinii publicznej, ponieważ w tym roku dla Anglików zdecydowanie najważniejsze było wywalczenie mistrzostwa świata na Wembley. Drużyna Alfa Ramseya, po prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjnym finale w historii, pokonała Niemców 4:2, a wyspiarskim bogiem ustanowiono Geoffa Hursta, który w tym też roku debiutował w kadrze. Cóż, w mniej więcej tym samym czasie w innych zakątkach świata pierwsze niemowlęce okrzyki wydali ci, których nazwiska na plecach nosił później cały świat. W 1966 roku w Rio de Janeiro urodził się Romario de Souza Faria, a nieco bardziej na północny zachód w bajecznym Acapulco, Jorge Campos. George Weah urodził się w gorącej Liberii, a Miguel Angel Nadal na nie mniej słonecznej Majorce. W Irlandii przyszedł na świat przyszły znakomity kadrowicz, Niall Quinn. W samym kraju Albionu poza legendą Arsenalu, Tonym Adamsem, drugi dzień kwietnia był świadkiem narodzin Edwarda „Teddy’ego” Sheringhama.

»Podyskutuj na forum: Legendy klubu z Old Trafford

Ludzie mówili, że jestem podobny do matki, ale jeśli szczególnie zwracają na coś uwagę, to na moje dołki w policzkach. Kiedy byłem dzieciakiem, często podchodziły to mnie starsze panie i złapawszy za policzki mówiły „Jakie masz śliczne dołeczki!”. Cóż, widocznie coś w tym było, ponieważ to samo powtarzały później wszystkie moje dziewczyny.

„Lwia” część sukcesu

Pierwszym klubem Anglika było niesklasyfikowane w żadnej lidze Leytonstone & Ilford. Podczas spotkania z Millwall, Teddy został zauważony przez tamtejszego skauta i zaproponowano mu grę w szeregach Lwów. Tak Sheringham trafił do pierwszej profesjonalnej szkółki piłkarskiej. Tam dał o sobie znać jego instynkt strzelecki – od 1986 do 1991 roku czterokrotnie zostawał najlepszym snajperem w klubie. Dzięki jego bramkom Millwall weszło do angielskiej ekstraklasy i do pewnego momentu nieprzerwanie pięło się w ligowej klasyfikacji.

To był dla nas wszystkich zwariowany i niesamowity czas. W swoim pierwszym sezonie w First Division my, malutkie i niepozorne Millwall, wspinaliśmy się w tabeli aż do marca. Wszyscy mówili, że to nie może trwać w nieskończoność i, rzecz jasna, mieli rację.

Teddy Sheringham w MillwallMillwall ostatecznie zakończyło sezon na 10. pozycji. Rok później, mimo fantastycznego początku, żegnało się już z najwyższą klasą rozgrywkową i w przeciągu kolejnego sezonu nie zdołało powrócić w jej szeregi. Jednak w tym czasie Sheringham nie zawodził – w sezonie spadkowym miał na koncie 12 bramek, a przez dziesięć meczów musiał pauzować ze względu na kontuzję. Później zaś z 37 bramkami na koncie został królem strzelców, ale jak pokazał czas i to nie zapewniło awansu jego drużynie. Doskonała forma sprawiła, że gwiazda Anglika świeciła na ciemnym niebie Millwall już na tyle jasno, by zainteresował się nim klub z wyższej półki.

Droga do Piekła

Po rozegraniu 220 meczów dla Lwów oraz strzeleniu łącznie 93 bramek, w lipcu 1991 roku Sheringham zasilił Nottingham Forest i grał tam razem z młodziutkim Royem Keane’em. Ukoronowaniem przeciętnego sezonu dla drużyny dwukrotnego zdobywcy Klubowego Pucharu Europy miał być finał Pucharu Ligi, w którym mierzyli się z Manchesterem United. Drużyna sir Alexa Fergusona wygrała wtedy 1:0, a po tym sezonie szczególnie wyróżniono Gary’ego Pallistera jako Piłkarza Roku oraz Ryana Giggsa jako najlepszego Młodego Piłkarza Roku.

Sheringham nie musiał jednak specjalnie rozpaczać. Zagrał w klubie 47 spotkań z czego 14 razy trafiał do bramki przeciwników. I chociaż sezon dla Forest był średnio udany, to Anglik prezentował się na tyle dobrze, by po pierwszym meczu sezonu 1992/1993 uzyskać angaż w Tottenhamie, któremu jako rodowity londyńczyk kibicował od najmłodszych lat. Może właśnie dlatego wcale nie narzekał na zmianę klubu, mimo że The Spurs zajęli sezon wcześniej dopiero 15. miejsce w tabeli.

Teddy Sheringham w TottenhamieW drużynie zaaklimatyzował się bardzo szybko, ale trudno się dziwić, skoro na boisku towarzyszyli mu tacy zawodnicy jak na przykład Jurgen Klinsmann. Świetni partnerzy w formacji ofensywnej sprawili, że Teddy kończył swój pierwszy sezon na White Hart Lane z 22 bramkami na koncie. Sami stołeczni poprawili swoją pozycję w tabeli w porównaniu do ubiegłego sezonu o siedem oczek i tylko niewielkie różnice w ligowych statystykach sprawiły, że przed nimi z taką samą ilością punktów znaleźli się Liverpool oraz Sheffield Wednesday. Ten sezon był jednak najbardziej pozytywny nie dla piłkarzy z Londynu, a z Manchesteru. United pod wodzą Fergusona przełamało 26-letnią niemoc i wyprzedziwszy o dziesięć punktów Aston Villę sięgnęło po mistrzostwo Anglii. Swoje trzy grosze do diabelskich akcentów dorzucił były świetny piłkarz United, Lou Macari, pod wodzą którego Stoke City awansowało na zaplecze angielskiej ekstraklasy.

Jeśli po tym sezonie znalazł się ktoś kwestionujący rolę Sheringhama w Tottenhamie, na pewno zmienił zdanie rok później. Drużyna osłabiona brakiem Anglika, któremu grę uniemożliwiła kontuzja, powtórzyła niechlubną lokatę sprzed dwóch lat.

Tym samym Teddy dzięki swojemu instynktowi strzeleckiemu oraz, jak to określił Klinsmann, bardzo inteligentnej grze stał się w latach dziewięćdziesiątych jednym z najlepszych i najbardziej popularnych napastników Premiership. Nie mniej jednak Sheringhamowi czas powoli uciekał, lat przybywało. Przez grę w klubach zwyczajnie za słabych na sięganie po wielkie trofea, kariera Anglika pozostawała w pewnym sensie niedopełniona. Był przecież świetny, ale w pojedynkę nie zawojowałby mistrzostwa Anglii, ani też żadnego z Pucharów.

Welcome in Hell, Teddy bear

Pięć lat w Tottenhamie, czyli 166 występów oraz 76 goli, pomogło przekonać sir Alexa Fergusona co do pozyskania sławnego już napastnika w szeregi Czerwonych Diabłów. W 1997 roku Anglik za kwotę 3,5 miliona funtów dołączył do składu i przez kolejne cztery lata wybiegał na murawę w koszulce z numerem 10. Dla Sheringhama była to wreszcie okazja do sprawdzenia swoich umiejętności na naprawdę najwyższym poziomie, ponieważ po wielkim powrocie z dalekiej podróży Manchester United znów był poważnym kandydatem do powalczenia o tytuł mistrza kraju.

Teddy Sheringham w Manchesterze UnitedJego debiut z 10 sierpnia 1997 roku nie należał do najłatwiejszych. Był to mecz przeciwko dotychczasowemu pracodawcy oraz drużynie, której kibicował, rozgrywany na dodatek na White Hart Lane. O zachowaniu kibiców nie trzeba się wiele rozpisywać tym bardziej, że niedawno transferowa historia zatoczyła koło na Dymitarze Berbatowie, tyle że Bułgar nigdy nie zarzucił londyńczykom braku ambicji do osiągania wyższych celów. Przyznał co prawda, że wreszcie chce walczyć o najwyższe trofea, a to możliwe jest tylko z Manchesterem United, ale zrobił to z większym taktem, niż jego poprzednik. Manchester wygrał to spotkanie po golu Giggsa oraz samobójczym trafieniu Vegi. Nie był to jednak debiut udany, ponieważ albo przez zwykłego pecha, albo przez za dużą presję, Sheringham nie trafił rzutu karnego.

Do tego wszystkiego nie były to złe miłego początki. Manchester nie sięgnął w pierwszym sezonie z Teddym w ataku po żadne trofeum ani wśród tych najważniejszych, ani wśród tych mniej prestiżowych. Sama gra Anglika mogła rozczarowywać, zwłaszcza wobec jasno błyszczącej gwiazdy Andy’ego Cole’a, który z 25 bramkami na koncie był najlepszym strzelcem w sezonie 1997/1998. Sheringham zgromadził ich na swoim koncie zaledwie 14. Obaj zawodnicy co prawda grali razem w ataku, ale nigdy za sobą nie przepadali. Sytuacja zaogniła się jeszcze bardziej po meczu z Boltonem, kiedy to boiskowa kłótnia obu panów doprowadziła do tego, że podobno już nigdy więcej ze sobą nie rozmawiali. Tymczasem United przegrało zażarta walkę o mistrzostwo Anglii, ustępując Arsenalowi zaledwie o jeden punkt.

Jak feniks z popiołów

Teddy Sheringham oraz Ole Gunnar Solskjaer Nie milkły ani głosy krytyki wobec transferowego pudła Fergusona, ani spekulacje odnośnie kolejnego klubu, w którym zagości pechowy Anglik. Atmosferę podgrzało sprowadzenie z Aston Villi Dwighta Yorke’a, który miał grać w ataku z Cole’em. To z kolei ograniczyło szanse Teddy’ego na występy w pierwszym składzie. W inauguracyjnym dla sezonu 1998/1999 meczu z Leicester na Old Trafford, Sheringham zdobył bramkę w 79 minucie. W końcówce meczu gola dołożył Beckham i United zremisowało 2:2. Od 15 sierpnia do 17 kwietnia, a innymi słowy przez czas 12 bramek Yorke’a, Teddy zapomniał, jak smakują gole. Na boisko wybiegł właśnie dopiero w połowie kwietnia i trafił do bramki w wygranym 3:0 meczu z Sheffield Wednesday. Na tym zakończyło się jego ligowe strzelanie. Na boisko gościł jednak na tyle często, aby otrzymać medal za wywalczenie mistrzostwa Anglii, o którym znów zadecydowała różnica zaledwie jednego punktu. 33-latek tydzień później dołożył jeszcze swoją bramkową cegiełkę do wygranej w FA Cup z Newcastle United (na Wembley trafił jeszcze Scholes i było ostatecznie 2:0). Dużo wcześniej pod koniec roku strzelił jeszcze gola w Pucharze Ligi (wtedy Worthington Cup) przeciwko… Tottenhamowi, ale United poległo w tym meczu 1:3 i odpadło z dalszych rozgrywek.

Cztery bramki na koncie na pewno nie uczyniły dumnym takiego snajpera, jak Sheringham. Czy Ferguson był zawiedziony postawą napastnika? Nie wiadomo. Wielu kibiców pukało się jednak w czoło widząc jak manager przy stanie 0:1 w meczu finałowym Ligi Mistrzów przeciwko Bayernowi Monachium wpuszcza na boisko w 67. minucie Sheringhama za Blomqvista. Irytacja wzrosła, gdy stan meczu się nie zmienił. Ostatnią deską ratunku była zmiana wprowadzona w 81. minucie – za Andy’ego Cole’a na boisku pojawił się Ole Gunnar Solskjaer. I – jak wiedzą wszyscy amatorzy futbolu – to właśnie ten duet zmienił bieg całego meczu i z ciężarem gry poradził sobie lepiej, niż fenomenalni w lidze Czarni Bracia. Tym samym w dniu, który byłby 90. rocznicą urodzin sir Matta Busby’ego, Czerwone Diabły dotarły do Ziemi Obiecanej, a paradoksalnie najszczęśliwszymi ludźmi tego wieczoru byli wiecznie niedoceniani super rezerwowi.

Wygranie każdego z trzech trofeów było niesamowite. To był jedenastodniowy czarodziejski czas. Nie zamieniłbym tego doświadczenia na nic innego. Jestem szczęśliwy, że mogłem w tym uczestniczyć i odgrywać ważną rolę.

Stąd też po wywalczeniu Potrójnej Korony i zażegnaniu pewnej klątwy, która jakby odsuwała od zawodnika wszystkie najważniejsze trofea, popularny Teddy bardzo szybko doczekał się piosenki „Oh Teddy Teddy, you joined Man United and you won it all” (Oh Teddy Teddy, przyszedłeś do Man United i wszystko wygrałeś). Równie szybko jego nazwisko zawędrowało do innej piosenki, którą prezentujemy poniżej:

Manchester United - radość po wygraniu finału Ligi Mistrzów w 1999r.

Przebudzenie mistrza

Po tym ogromnym sukcesie i przezwyciężeniu pewnego fatum, Teddy – niczym w pięknym amerykańskim filmie – zyskał uwielbienie tłumów i zamknął usta wszystkim krytykom. Nikt nie wypominał mu strzelenia zaledwie pięciu bramek w sezonie. Zupełnie niespodziewanie nazwisko Sheringhama zagościło w klubowych annałach szybciej, niż inny piłkarz mógłby na to zapracować. Czy słusznie, czy nie, jest kwestią dyskusyjną. W sezonie 1999/2000 Teddy nie był podstawowym piłkarzem w United, ale grał na tyle często, by znów otrzymać medal mistrza Anglii.

Los był dla niego dużo łaskawszy rok później. Choć wielu już zwątpiło w to, że Anglik kiedykolwiek będzie wielkim napastnikiem Manchesteru, ten po raz kolejny utarł nosa krytykantom. Sezon 2000/2001 był najlepszym w diabelskiej karierze Sheringhama i na koniec rozgrywek to właśnie on okazał się najlepszym strzelcem w United. Dzięki temu został także wybrany Piłkarzem Roku.
Kilka lat później w jednym z wywiadów mówił o wadze poszczególnych tytułów:

Gdybyś miał wybrać jeden spośród wszystkich tytułów, jakie zdobyłeś, byłby to medal…
Za zdobycie Pucharu Europy. Może to dziwne i powinienem powiedzieć, że jest to medal z 2001 roku [PFA Player of the Year], ponieważ przyznali mi wszyscy pozostali piłkarze. Mi chodzi jednak o wygraną drużynową, ona mnie satysfakcjonuje. Piłka nożna nie jest gra jednoosobową, ale właśnie drużynową, a ja byłem częścią tej fantastycznej drużyny, której udało się zawojować Europę.

Powrót do przeszłości i futboloholizm

Sheringham związany był z Manchesterem United 4-letnim kontraktem. Gdy zbliżał się termin wygaśnięcia umowy, zaproponowano mu kolejną, tym razem roczną. Jednak wobec przybycia na Old Trafford Ruuda van Nistelrooya, Anglik nie widział sensu, by tam pozostać. Po rozegraniu piekielnych 104 meczów i strzeleniu 31 bramek, napastnik zasilił swój ukochany Tottenham. Tam rezydował od 2001 do 2003 roku.

Czułem, że pomimo mojego wieku nadal mogę dać z siebie wiele na boisku. Dlatego odejście z Tottenhamu było dla mnie rozczarowaniem, ale nie znakiem do zakończenia kariery. Zastanowiłem się jednak dobrze, co chciałbym dalej robić.

Jego późniejszym pracodawcą na okres roku stało się Portsmouth, a następnie na trzy lata zagościł w West Ham United. Karierę piłkarską zakończył w Colchester United w wieku 42 lat. Co ciekawe, przyjaciele Sheringhama myśleli, że po przygodzie z Młotami da on sobie spokój z piłką nożną. Kiedy chcieli go wyciągnąć na wakacje, on odpowiedział, że musi zacząć przygotowania do sezonu. Argumentacja, że przecież Teddy nie gra już w żadnym klubie i nie musi ćwiczyć nic nie dała, bo niedługo później okazało się, że klub właśnie znalazł. Jego pracodawcą stało się właśnie Colchester.

Mój ojciec przekonywał mnie, bym pobił rekord Stanleya Matthewsa grając aż do pięćdziesiątki. Poczułem jednak, że najwyższy czas zakończyć moją długą przygodę z piłką.

Łącznie od czasu odejścia z Manchesteru United rozegrał blisko 200 meczów, w których zdobył 52 gole.
Może zastanawiać, dlaczego Sheringham nie zakończył kariery zaraz po bardzo udanej przygodzie z United. W jednym z wywiadów odpowiedział na podobne pytanie:

Layer Road [stadion Colchester - przyp. red.] to nie Old Trafford…
No nie.
Nie przeszkadza ci to?
Ani trochę. Grywałem i trenowałem w gorszych warunkach, a tych, które panują tutaj, byłem w pełni świadomy podpisując kontrakt.
Czyli obchodzi cię raczej sama gra w piłkę, a nie wyścig o jakieś trofea czy to, co mówią o tobie ludzie.
Tak. Nie interesuje mnie to, co myślą albo mówią o mnie ludzie. W życiu przecież nie chodzi o to, co ludzie o tobie myślą. A mogą mówić co chcą o twoim życiu, dziewczynie, co za różnica? Jeśli nie jesteś szczęśliwy i ciągle trzaskasz drzwiami, jakie to ma znaczenie, czy gadają?
W życiu trzeba robić to, co uszczęśliwia, bo czasu się nie cofnie, ani drugiej szansy nie dostanie.

Z Trzema Lwami na piersi

Doskonały instynkt strzelecki nie pozostał bez echa w kadrze narodowej. W reprezentacji poniżej 21 lat nie poznano się na nim i rozegrał w młodzieżówce zaledwie jedno spotkanie. Do reprezentacji seniorów trafił z kolei stosunkowo późno w wieku 27-lat. To nie przeszkodziło mu w byciu skutecznym. Za Venablesa występował w ataku z Alanem Shearerem, czyli jednym z nielicznych, który odmówił Fergusonowi. Obaj tworzyli doskonały duet napastników, dopasowany zarówno pod względem postury, charakteru jak i techniki oraz stylu gry. Tę doskonałość najbardziej było widać na mistrzostwach Europy z 1996 roku. Zespół wręcz napakowany gwiazdami nie dał rady zajść dalej, niż do półfinału. Mimo to Anglicy nie mieli pretensji do swoich piłkarzy, ponieważ grali oni naprawdę fantastyczny, piękny dla oka futbol. Hoddle, który zastapił Vanablesa, również stawiał na Sheringhama, wprowadzając jednak powoli do gry napastnika nowej generacji, młodziutkiego Michaela Owena. To właśnie bardzo młody zawodnik, a obecnie napastnik Manchesteru United, pokazał staremu wyżeraczowi, że być może najwyższy czas zakończyć karierę reprezentacyjną. Po eliminacjach do Mistrzostw Świata 1998, kolejny selekcjoner, Keegan, nie widział miejsca dla Teddy’ego. Zmieniło się to dopiero za czasów Erikssona, który widział w piłkarzu kogoś zdolnego do zaplanowania mądrej i składnej akcji. Ta inteligencja Sheringhama, o której tyle lat wcześniej wspominał już Klinsmann, dała mu miejsce w kadrze na kolejne mistrzostwa globu, gdzie Anglik rozegrał swój ostatni kadrowy mecz – było to spotkanie ćwierćfinałowe przeciwko Brazylii, przegrane 1:2. Tym samym zagrał dla reprezentacji 51 razy i w ciągu dziewięciu lat zdobył dla swojego kraju jedenaście goli.

Nowy typ legendy

Teddy Sheringham nie spodziewał się na pewno tego, że wygra The Treble z Manchesterem United. Nie spodziewał się także, że to właśnie on otworzy w Czerwonych Diabłach przynajmniej dwa niesamowicie ważne rozdziały.

Pierwszy z nich to „nowożytna” historia United, której z pewnością nie byłoby bez jednej jego bramki oraz asysty. Wiele osób twierdzi, że to właśnie wygrana z Bayernem Monachium stworzyła nowy-stary klub, który do dziś zawsze liczy się w walce o najwyższe trofea krajowe, europejskie, a także światowe. Jednym słowem – gdyby nie było wygranej w tamtym finale, nie byłoby także Manchesteru United jaki wszyscy znają i kochają.

Drugi rozdział wynika poniekąd z pierwszego. Sheringham przez to, jak ważną rolę odegrał w United, stał się jego legendą. Pomimo zaledwie kilku lat w tym klubie i wcale nie rzucającej na kolana ilości strzelonych bramek, otworzył erę legend-bohaterów, którzy nie zostają w jednym klubie przez całe swoje życie. Do tych z kolei będzie można niebawem zapisać jeszcze kilku wybitnych zawodników.

Czy to nie zatrze prawdziwego sensu słowa „legenda”? Tego nie wie nikt, ale czy można odmówić takiego statusu komuś, kto gra w klubie krótko, ale komu zawdzięcza się aż tak wiele? Z tego właśnie powodu obecność Sheringhama wśród legend jest bardzo kontrowersyjna i często kwestionowana. Na szczęście niekwestionowany pozostaje jego wkład w to, że dziś klub z Old Trafford prezentuje taki, a nie inny poziom, a kibice z łezką w oku w nieskończoność mogą oglądać właśnie te akcje, które ponownie otworzyły karty wielkiej historii Manchesteru United.

Teddy Sheringham po finale Ligi Mistrzów 1999r.

historia, Legendy, Teddy Sheringham,


Copyright © 2012 Redlog.pl Manchester United - blog fanów. Ten kanał RSS jest przeznaczony tylko do użytku niekomercjalnego. Jeśli nie czytasz go w agregatorze wiadomości RSS, strona na którą patrzysz łamie prawa autorskie. Prosimy o kontakt legal@redlog.pl aby podjąć odpowiednie działania.
]]>
http://redlog.pl/2009/09/25/legendy-teddy-sheringham-czlowiek-ktory-zmienil-bieg-historii/feed/
Manchester United – bohaterowie ostatniej akcji http://redlog.pl/2009/09/21/manchester-united-bohaterowie-ostatniej-akcji/ http://redlog.pl/2009/09/21/manchester-united-bohaterowie-ostatniej-akcji/#comments Mon, 21 Sep 2009 15:19:36 +0000 EthaN http://redlog.pl/2009/09/21/manchester-united-bohaterowie-ostatniej-akcji/ Manchester United - bohaterowie ostatniej akcji Który to już raz zawodnicy Czerwonych Diabłów stawiają kropkę nad i w ostatnich sekundach meczu? Ile to już razy wydawało się, że trzeba będzie się pogodzić ze stratą punktów by po chwili oklaskiwać bohatera gola, dającego 3 punkty? Co ma w sobie United, czego nie mają inne drużyny?
»Czytaj dalej

Tagi: historia, Manchester United,

]]>
Manchester United - bohaterowie ostatniej akcji
Który to już raz zawodnicy Czerwonych Diabłów stawiają kropkę nad i w ostatnich sekundach meczu? Ile to już razy wydawało się, że trzeba będzie się pogodzić ze stratą punktów by po chwili oklaskiwać bohatera gola, dającego 3 punkty? Co ma w sobie United, czego nie mają inne drużyny?

By odpowiedzieć sobie na to pytanie, należy cofnąć się nieco w czasie i przyjrzeć się podobnym sytuacjom.

25 kwietnia 1999 roku: Juventus Turyn – Manchester United

W rewanżowym spotkaniu półfinału Ligi Mistrzów Juventus Turyn podejmował Manchester United. W pierwszym meczu padł remis 1:1 i gdy gospodarze prowadzili po golach Filippo Inzaghiego dwoma bramkami, mało kto widział drużynę z Anglii w finale w Barcelonie. Jednak zdumiewająca gra Roya Keane’a oraz całego zespołu pozwoliła odrobić straty, ba, dała nawet zwycięstwo w stosunku 2:3! Już chyba nikomu nie trzeba przypominać, co stało się w pamiętnym finale z drużyną Bayernu Monachium. Czerwone Diabły sięgnęły jeszcze po puchar Anglii i mistrzostwo kraju.

29 września 2001 roku: Tottenham – Manchester United

29 września 2001 roku na White Hard Line piłkarze Tottenhamu w pierwszych czterdziestu pięciu minutach pokonali Fabiena Bartheza aż trzykrotnie, a mimo to dzięki odważnym zmianom sir Alexa Fergusona dokonanych jeszcze w pierwszej połowie drużynie z Old Trafford udało się strzelić pięć kolejnych goli i powrócić do Manchesteru z trzema punktami, a sezon zakończyć na drugim miejscu.

5 kwietnia 2009 roku: Aston Villa – Manchester United

5 kwietnia 2009 roku na Old Trafford przybyła drużyna Aston Villi Birmingham. Faworyt tego meczu był jeden. Drużyna United mocno podrażniona wcześniejszymi wpadkami z Liverpoolem i Fulham nie mogła sobie pozwolić na stratę kolejnych punktów. To miał być mecz, w którym ekipa gospodarzy miała sobie zapewnić 3 punkty i tym samym przybliżyć się do kolejnego tytułu mistrzowskiego. Wszystko zaczęło się planowo. Szybko zdobyta bramka przez niezawodnego Cristiano Ronaldo uspokoiła grę, w pewnym momencie aż za bardzo. Drużyna gości, wykorzystując rozluźnienie w szeregach drużyny z Manchesteru, zdobyła dwa gole i w Teatrze Marzeń zanosiło się na przykrą niespodziankę. Jednak nic bardziej mylnego. Drugie trafienie dołożył Ronaldo, a zwycięskiego gola w trzeciej minucie doliczonego czasu gry zdobył anonimowy jak dotąd Kiko Machera, stając się jednocześnie bohaterem całego spotkania.

25 kwietnia 2009 roku: Manchester United – Tottenham

Na 25 kwietnia była zaplanowana trzydziesta czwarta seria spotkań w angielskiej Premier League. Drużyna Manchesteru gościła „koguty” z Londynu. Drużyna Tottenhamu szybko się rozgościła, pakując dwa gole do bramki Edwina Van der Sara. Alex Ferguson jednak tym razem wyciągnął konsekwencje ze słabej pierwszej części spotkania i po przerwie desygnował do gry Carlosa Teveza, który wraz z Rooneyem, Berbatovem, i Ronaldo stworzyli, jak się później okazało, zabójczy kwartet, który w 22 minuty strzelił pięć goli udowadniając, że to właśnie ta drużyna zasłużyła na pierwsze miejsce w lidze!

20 września 2009 roku: Manchester United – Manchester City

To już ostatnia akcja tego meczu, chyba już nic nie ulegnie zmianie, kolejne rozpaczliwe podanie w pole karne. Giggs przejmuje, prostopadle podaje do Michaela Owena uwaga… GOL!

Spotkanie derbowe z City również może być wpisane do powyższych przykładów. Zatem jaka jest odpowiedź na powyższe pytanie?

Zakładając koszulkę Manchesteru należy walczyć, gryźć trawę do ostatnich minut spotkania, by tylko osiągnąć zamierzony cel, a ten od wielu, wielu lat jest niezmienny: pokonanie przeciwnika. W każdym z tych meczów o zwycięstwie decydowała siła całego zespołu, który w kryzysowych momentach potrafił zacisnąć pięść, wziąć się w garść i uwierzyć w to, że na boisku nie ma rzeczy niemożliwych, bo, jak mawiał ś.p. Kazimierz Górski, „dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe”. Te wszystkie powyższe przykłady nie są przypadkowe. O przypadku można by było powiedzieć, gdyby zdało się to raz, czy dwa.

Manchester United niejednokrotnie pokazywał, że prawdziwych mistrzów można oceniać nie po tym, jak zaczynają, lecz po tym, jak kończą. To drużyna, którą sir Alex Ferguson już od ponad dwudziestu lat przygotowuje do najtrudniejszych spotkań i mam nadzieję jako kibic, że takich emocjonujących meczów z udziałem naszej drużyny zobaczymy jeszcze wiele bo sport bez emocji byłby niczym…

historia, Manchester United,


Copyright © 2012 Redlog.pl Manchester United - blog fanów. Ten kanał RSS jest przeznaczony tylko do użytku niekomercjalnego. Jeśli nie czytasz go w agregatorze wiadomości RSS, strona na którą patrzysz łamie prawa autorskie. Prosimy o kontakt legal@redlog.pl aby podjąć odpowiednie działania.
]]>
http://redlog.pl/2009/09/21/manchester-united-bohaterowie-ostatniej-akcji/feed/
Busby i spółka – europejskie potyczki. Część II http://redlog.pl/2009/07/25/busby-i-spolka-europejskie-potyczki-czesc-ii/ http://redlog.pl/2009/07/25/busby-i-spolka-europejskie-potyczki-czesc-ii/#comments Sat, 25 Jul 2009 04:25:57 +0000 Man-redman http://redlog.pl/2009/07/25/busby-i-spolka-europejskie-potyczki-czesc-ii/ Busby i spółka - europejskie potyczki. Część II Na początku lipca opisałem dwie pierwsze, obfitujące w dramaturgię, przygody Manchesteru United w europejskich pucharach. ‘Czerwone Diabły’ dwukrotnie dochodziły wówczas do półfinału, wcześniej tocząc zacięte boje z najlepszymi drużynami kontynentu. Jednakże z wielu powodów nie było dane tej młodej drużynie zagrać w spotkaniu finałowym. Przyszła kolej na drugą część opowieści o wyjątkowych, historycznych meczach United pod wodzą Sir Matta Busby’ego.
»Czytaj dalej

Tagi: historia, Sir Matt Busby,

]]>
Busby i spółka - europejskie potyczki. Część II
Na początku lipca opisałem dwie pierwsze, obfitujące w dramaturgię, przygody Manchesteru United w europejskich pucharach. ‘Czerwone Diabły’ dwukrotnie dochodziły wówczas do półfinału, wcześniej tocząc zacięte boje z najlepszymi drużynami kontynentu. Jednakże z wielu powodów nie było dane tej młodej drużynie zagrać w spotkaniu finałowym. Przyszła kolej na drugą część opowieści o wyjątkowych, historycznych meczach United pod wodzą Sir Matta Busby’ego.

» Busby i spółka – europejskie potyczki. Część I

Powrót do elity

Po katastrofie w Monachium przed Busby’m pojawiło się być może najtrudniejsze zadanie w dziejach United. Musiał odbudować rozbitą drużynę i wrócić z nią na szczyt. Wiele osób uważało, że to nierealne.Chociaż w sezonie 58/59 Manchester zajął rewelacyjne, drugie miejsce, kolejne lata spędzone przez klub z Old Trafford na odległych miejscach w tabeli, były dla fanów niezwykle frustrujące.

Mimoto szkocki menadżer konsekwentnie budował swój nowy, wspaniały zespół wokół tego, który pamiętał lata chwały ‘Dzieciaków Busby’ego’- Bobby’ego Charltona. Oprócz niego do klubu przybył genialny rodak trenera- Dennis Law. W połączeniu z harującym w pomocy Nobby Stilesem i kilkoma innymi, klasowymi graczami powstał grający efektowną i efektywną piłkę skład, któremu w sezonie 1964/1965 udało się wygrać ligę angielską. Dzięki temu wyczynowi fani na Old Trafford po 7 latach przerwy znów gościli słynne europejskie kluby. Pierwszym przeciwnikiem w Pucharze Europy było fińskie HJK Helsinki. Wyjazdowe zwycięstwo 3-2 i pogrom 6-0 u siebie potwierdziły dobrą formę Czerwonych Diabłów. Równie łatwym przeciwnikiem (0-2,3-1 dla Diabłów) okazał się w kolejnej rundzie berliński ASK Vorwaerts, reprezentujący NRD.

Jednakże w lutym 1966 roku (jakże pamiętnego dla kibiców z Anglii), graczom Sir Matta przyszło zmierzyć się z przeciwnikiem najwyższej światowej klasy. Wylosowali bowiem lizbońską Benfikę, finalistę z ubiegłego roku, dwukrotnego zdobywcę Pucharu Europy. Portugalski team był naszpikowany gwiazdami i posiadał w swych szeregach zdobywcę Złotej Piłki z roku 1965-Eusebio- ‘Czarną perłę z Mozambiku’. Większość fachowców stawiała na pewny awans faworytów z Lizbony. Srogo się jednak zawiedli…Po wspaniałym, wyrównanym meczu i golach Foulkesa, Herda i Lawa United zwyciężył 3:2 w ‘Teatrze Marzeń’. Prawdziwa sensacją był jednak rewanż na Estadio da Luz w Portugalii, gdzie gospodarze zostali upokorzeni, przegrywając z Anglikam 1-5 (bramka samobójcza United). Gole dla Mistrzów Anglii zdobywali: Best (x2), Carlton, Connelly, Crerand.

Opromienieni sukcesem podopieczni Busby’ego kolejny raz przystąpili do półfinału. Tak jak w feralnym 1958 roku przyszło im grać z Mistrzem Jugosławii, ekipą z Belgradu. Nie była to jednak Crvena Zvezda, jak wówczas, a jej wielki rywal- Partizan. Bukmacherzy byli przekonani, że United tym razem wywalczy finał. Jednakże po raz kolejny wyjazd na Bałkany skończył się nieszczęśliwie. „Red Devils” przegrali 0-2 i w minorowych nastrojach wracali do domów. W Manchesterze, przy dopingu własnej publiczności, gospodarze walczyli do końca, ale zabrakło jednego, szczęśliwego trafienia i po zwycięstwie 1-0 (bramka Stilesa) sensacyjnie odpadli z rozgrywek.

Droga do spełnienia marzeń

Nie tylko na arenie europejskiej końcówka 1966 r. była dla Busby’ego rozczarowująca. Jego ekipie nie udało się obronić tytułu mistrzowskiego. To, co nie zabiło United, okazało się dla nich wzmocnieniem. Rok później ”Czerwone Diabły” znów zasiadły na angielskim tronie i były zdeterminowane by rozszerzyć swoje panowanie na cały kontynent. Do kolejnej edycji Pucharu Europy z ich udziałem przystąpili jesienią 1967 roku, rywalizację rozpoczynając od dwumeczu z Hibernianem Malta. Wynik pierwszego pojedynku, rozegranego w „Theatre of Dreams”, brzmiał 4:0 dla gospodarzy i przesądził o awansie United. W rewanżu podopieczni Sir Matta zadowolili się bezbramkowym remisem. Tradycyjnie już w drodze do upragnionego trofeum przyszło Anglikom zmierzyć się z drużyną z Bałkanów. Po raz kolejny był to bardzo wymagający przeciwnik, a konkretnie FK Sarajewo. Na trudnym terenie w Kosowie padł wynik 0:0 i przed meczem w Manchesterze menadżer United nie mógł być zbyt pewny awansu.

Dzięki bramkom Astona i Georga Besta, Mistrzowie Anglii wygrali jednak 2:1 i po raz kolejny awansowali do ćwierćfinału…, w którym czekał ich dwukrotny pojedynek z Mistrzem Polski- Górnikiem Zabrze, prowadzonym przez węgierskiego szkoleniowca Gezę Kalocsai. Zabrzanie potraktowali dwumecz niezwykle prestiżowo i pomimo przerwy w rozgrywkach krajowych przygotowywali się w pocie czoła na obozach i treningach. Powstały także spory dotyczące terminu spotkań, gdyż strona angielska oczekiwała rozegrania ich jeszcze w styczniu. Ostatecznie po długotrwałych pertraktacjach ustalono datę na 28 lutego w Manchesterze i 13 marca w Chorzowie.

Znakomita jedenastka z Zabrza długo broniła się przed atakami United w pierwszym spotkaniu na Old Trafford. Broniący dostępu do bramki Hubert Kostka skapitulował dopiero w 61 minucie po strzale Besta. Wydawało się, że wynik 1-0 utrzyma się do końca pojedynku. Jednakże w 89 minucie, po znakomitym rajdzie „Piątego Beatlesa” i strzale Briana Kidda, Koskta został pokonany po raz drugi i podopieczni Busby’ego wygrali 2-0. Rewanż odbył się na Stadionie Śląskim przy niesamowitej frekwencji (90 000 fanów) i w śnieżnej scenerii, utrudniającej obu drużynom grę. Szkocki menadżer „Czerwonych Diabłów” nie chciał, by mecz w ogóle się odbył z uwagi na fatalne warunki atmosferyczne, jednak włoski arbiter Lo Bello miał zupełnie inne zdanie. Górnicy okazali się lepsi w tych niesprzyjających okolicznościach i po bramce niesamowitego Włodzimierza Lubańskiego wygrali skromnie 1-0. Później okazało się, że Polacy jako jedyni w tych rozgrywkach potrafili pokonać team z Manchesteru.

W półfinale doszło do rewanżu za dwumecz sprzed 11 lat. United trafił bowiem na madrycki Real, już nie tak legendarny jak ten z lat 50-tych, ale ciągle posiadający w składzie graczy o nieprzeciętnych możliwościach. Bilety na oba mecze rozeszły się w błyskawicznym tempie, cała Europa liczyła na niezapomnianą batalię. Pierwsza konfrontacja Anglików z Hiszpanami miała miejsce 24 kwietnia 1968 r. na Old Trafford przy dopingu niemal 64 000 widzów. Przez całe spotkanie Diabły posiadały miażdżącą przewagę, ale zdołały wykorzystać ją w pełni tylko raz, gdy gola zdobył niezawodny Best. Kibice Realu minimalną porażkę przyjęli jako swój sukces i liczyli na zdecydowane zwycięstwo ‘Królewskich’ na Santiago Bernabeu. Nie docenili jednak możliwości Manchesteru United. Mecz okazał się wart zapłaconych przez 120 tys kibiców ze stolicy Hiszpanii pesos. Najpierw Pirri dał prowadzenie 1-0 Realowi, które niemal natychmiast stracił za sprawą samobójczej bramki stopera Zocco. Później znakomite bramki Gento i Amancio sprawiły, że Madryt był już jedną nogą w finale, prowadząc 3-1. W drugiej połowie dała o sobie znać, typowa dla angielskiego futbolu, nieustępliwa postawa gości. Przypadkowa akcja, zakończona strzałem Sadlera, dała Manchesterowi bramkę i nadzieję na awans. Następnie znakomite, kombinacyjne rozegranie pozwoliło oddać skuteczny strzał Foulkesowi, który ustalił wynik na 3:3 na oczach zszokowanych Hiszpanów. Sir Matt Busby i jego gracze awansowali do wielkiego finału na Wembley!

Wielki pojedynek w Londynie

Finał XIII edycji Pucharu Europejskich Mistrzów Krajowych, rozgrywanego pod egidą UEFA, odbył się 29 maja 1968 r. w londyńskiej świątyni futbolu i cieszył się niesamowitym zainteresowaniem. Prawie 100 tys. kibiców przybyło zobaczyć w akcji Mistrzów Portugalii, Benfikę Lizbona, w której szeregach nadal błyszczał niezrównany Euzebio oraz Manchester Unitek, gdzie fenomenalnie grał George Best, a drugą linią dyrygował Charlton. Fachowcom ciężko było wskazać faworyta i ci, którym dane było kiedykolwiek oglądać to spotkanie nie mogą się temu dziwić. W tym miejscu warto podać składy obu drużyn.

Benfica : Henrique, Adolfo, Humberto, Jacinto, Cruz, Graca, Colona, Augusto, Torres, Eusebio, Simones.

Manchester: Stepney, Brennan, Dunne, Foulkes, Crerand, Charlton, Stiles, Best, Kidd, Sadler, Aston.

Od pierwszej minuty na boisku toczyło się wiele indywidualnych pojedynków i żadna ze stron nie uzyskała jednoznacznej przewagi. Fenomenalnie na lewym skrzydle w barwach United grał John Aston i to po jego dynamicznych rajdach obrońcy Benfiki mieli największe problemy. Obie ekipy nie rzuciły jednak wszystkiego na jedną szalę, w rozegraniu brakowało dokładności. Mimo aplauzu publiczności przy każdym kontakcie z futbolówką, Best nie potrafił przedrzeć się prawą stroną flanki na tyle skutecznie, by pokonać Henrique. Pierwsza połowa skończyła się 0:0 i nic nie zapowiadało niesamowitych emocji po zmianie stron boiska. Dopiero skuteczny strzał głową Bobby’ego Charltona z 53 minuty zmienił oblicze spotkania, dając prowadzenie graczom Busby’ego. Eusebio pierwszy dał swoim rodakom sygnał do ataku, trafiając w słupek. Znacznie wzrosło tempo meczu i mimo usilnej obrony Anglików, Benfica wyrównała w 79 min. za sprawą Gracii. Po regulaminowym czasie gry wynik brzmiał 1-1 i oznaczał dogrywkę. To, co się w niej stało przeszło na stałe do historii rozgrywek o PE, a przede wszystkim do historii United. Huraganowe ataki Manchesteru praktycznie zmiotły defensywę Portugalczyków. Best (’92), Kidd (’94) i po raz drugi tego dnia Charlton (’99) upokorzyli Benfikę. Wynik mógł być jeszcze wyższy, gdyż Anglicy strzelali na bramkę niemal bez przerwy, a rywale nie potrafili odpowiedzieć żadną składną akcją.

Manchester United w porywającym stylu wygrał swój pierwszy Puchar Europy. Uradowany Matt Busby mógł powiedzieć, że osiągnął nieosiągalne-odbudował potęgę „Red Devils” a jego team zasiadł na europejskim tronie jako szósta drużyna w historii i jako pierwsza z Anglii. Rok później nie udało się obronić trofeum- Anglicy odpadli po wyrównanym dwumeczu w półfinale z Milanem. Pamięć o londyńskiej wiktorii podnosiła kibiców United na duchu aż do 1999r., kiedy to następca Sir Matta, jego rodak, Alex Ferguson poprowadził Manchester do kolejnego triumfu w najważniejszym klubowym turnieju świata

historia, Sir Matt Busby,


Copyright © 2012 Redlog.pl Manchester United - blog fanów. Ten kanał RSS jest przeznaczony tylko do użytku niekomercjalnego. Jeśli nie czytasz go w agregatorze wiadomości RSS, strona na którą patrzysz łamie prawa autorskie. Prosimy o kontakt legal@redlog.pl aby podjąć odpowiednie działania.
]]>
http://redlog.pl/2009/07/25/busby-i-spolka-europejskie-potyczki-czesc-ii/feed/
To już 35 lat… Polska na Mistrzostwach Świata w 1974 roku http://redlog.pl/2009/07/06/to-juz-35-lat-polska-na-mistrzostwach-swiata-1974r/ http://redlog.pl/2009/07/06/to-juz-35-lat-polska-na-mistrzostwach-swiata-1974r/#comments Mon, 06 Jul 2009 06:23:29 +0000 radzio http://redlog.pl/2009/07/06/to-juz-35-lat-polska-na-mistrzostwach-swiata-1974r/ To już 35 lat... Polska na Mistrzostwach Świata w 1974 roku Dokładnie 35 lat temu Reprezentacja Polski wywalczyła brązowy medal na odbywających się w Republice Federalnej Niemiec Mistrzostwach Świata. Z okazji okrągłej rocznicy wypada przypomnieć jak piękny futbol grali wówczas podopieczni Kazimierza Górskiego. Właśnie wtedy legendy polskiej piłki przypieczętowały swój status, a Grzegorz Lato zdobył tytuł króla strzelców. Zapraszam do podróży w piękną piłkarską przeszłość.
»Czytaj dalej

Tagi: Grzegorz Lato, historia, Jan Tomaszewski, Mistrzostwa Świata,

]]>
To już 35 lat... Polska na Mistrzostwach Świata w 1974 roku
Dokładnie 35 lat temu Reprezentacja Polski wywalczyła brązowy medal na odbywających się w Republice Federalnej Niemiec Mistrzostwach Świata. Z okazji okrągłej rocznicy wypada przypomnieć jak piękny futbol grali wówczas podopieczni Kazimierza Górskiego. Właśnie wtedy legendy polskiej piłki przypieczętowały swój status, a Grzegorz Lato zdobył tytuł króla strzelców. Zapraszam do podróży w piękną piłkarską przeszłość.

2 lata wcześniej to jest w 1972 roku Polacy zdobyli olimpijskie złoto na olimpiadzie w Monachium, pomimo to nasza kadra nie była stawiana w roli faworytów w walce o trofea w nadchodzących Mistrzostwach Świata. Zacznijmy jednak od początku – eliminacji do tych prestiżowych rozgrywek, w których Polakom przyszło zmierzyć się z Anglikami oraz Walijczykami.

28 marca 1973r. – Walia 2:0 Polska

Początek podopiecznych Kazimierza Górskiego nie można zaliczyć do udanych – nasza kadra przegrała w Cardiff. Niestety nie dotarłem do dokładnych informacji na temat tego meczu. Co ciekawe nawet na stronie poświęconej Angielskiej Reprezentacji nie ma informacji kto pokonał Jana Tomaszewskiego.

6 czerwca 1973r. – Polska 2:0 Anglia

Na Stadionie Śląskim w Chorzowie zasiadło ponad 90 tys kibiców (według niektórych źródeł mogło ich być nawet 130 tys!). Anglicy byli faworytami tego spotkania, jednak Polacy sprawili niemałą niespodziankę pokonując Wyspiarzy 2:0. Bramki strzelili Robert Gadocha oraz Włodzimierz Lubański. Patrząc na wynik może się wydawać, że „Orły Górskiego” przeważały w tym spotkaniu – było jednak trochę inaczej. Jan Ciszewski, który komentował ten mecz, przyznał w pewnym momencie, że Anglicy są po prostu lepsi. Nasi piłkarze jednak wykorzystali błędy Anglików (szczególne podziękowania należą się Bobby’emu Moore’owi) dzięki czemu zachowali szansę na awans do turnieju.

26 września 1973r. – Polska 3:0 Walia

Polska - Walia

Nasza reprezentacja musiała wygrać ten mecz jeśli chciała dalej myśleć o awansie. Na szczęście „Biało-Czerwoni” pewnie pokonali Walijczyków 3:0. Brami strzelali kolejno: Robert Gadocha, Grzegorz Lato oraz Jan Domarski.

17 października 1973r. – remis na Wembley

Mecz ten sam w sobie ma status legendarnego i to właśnie podczas niego Polacy wywalczyli możliwość gry w Mistrzostwach Świata w Niemczech. Na początek zapraszam do obejrzenia dwóch filmów z tego spotkania:

Przed meczem Jan Tomaszewski został nazwany przez trenera Briana Clougha clownem. Jednak dzięki swojemu wspaniałemu występowi zdobył duży szacunek wśród angielskich kibiców i zyskał przydomek bohatera z Wembley, a także człowieka, który zatrzymał Anglię.

Rok temu Dziennik Polska przeprowadził wywiad ze strzelcem bramki dającej nam upragniony awans – Janem Domarskim:

Czy zastanawiał się Pan kiedyś, co by było, gdyby Pan nie strzelił tej bramki? Jaki byłby tego skutek dla polskiej piłki?

Po pierwsze, nie awansowalibyśmy wtedy na mistrzostwa świata do RFN. Po drugie, Grzegorz Lato nie zostałby królem strzelców tamtego turnieju. Po trzecie, chociaż zabrzmi to może trochę obrazoburczo, nie powstałaby legenda Kazimierza Górskiego. Cała plejada polskich gwiazd z tamtego okresu nie wypromowałaby się na mistrzostwach w Niemczech. Ale widzę też jeden plus rozwiązania, w którym ja nie trafiam do bramki Shiltona.

Plus? Niemożliwe, by jakikolwiek był.

Byłby jeden. Mój kolega z boiska Janek Tomaszewski nie obrósłby taką legendą i nie musiałbym go ciągle wysłuchiwać w telewizji.

Ja wolę nie myśleć co by było gdyby… naprawdę lubię od czasu obejrzeć mecze Reprezentacji Polski z Mistrzostw Świata 1974r. Podopieczni Kazimierza Górskiego prezentowali się wtedy świetnie. Grali efektownie, ale i efektywnie, nie istniało dla nich pojęcie „stracona piłka”…

Bez piosenki ani rusz!

Podczas turnieju naszym piłkarzom towarzyszył utwór Maryli Rodowicz o wiele mówiącym tytule – „Futbol”. Piosenkarka zaśpiewała go podczas ceremonii otwarcia Mistrzostw. Trzeba przyznać, że wpada ucho ;-).


Futbol, futbol, yeah..
Futbol, futbol, futbol,
przeżyjmy to jeszcze raz
Gdy piłka w grze wyjdzie na strzał,
śledzi jej lot cały świat
Piłka jest okrągła jak ziemski glob,
jak ziemski glob
Na świecie tym są takie dni,
gdy niebo drży, bo padł gol
To był strzał, to jest szał,
To jest sport, to sport
Futbol, futbol, futbol
w to dzisiaj gra cały świat,
bo dobry mecz to piękna rzecz,
wśród wielu szans twoja jest
Czym jest futbol, futbol
to każdy wie, każdy wie
Każdy, kto wie, co znaczy to
zerwać się z miejsc, krzyknąć GOL!
Gra jest grą, play is play
Graj, graj fair, fair play

Muszę się jednak Wam przyznać, że wolę jednak współczesną wersję w wykonaniu Moniki Dryl:


15 czerwca 1974 – Polska 3:2 Argentyna

Polacy rozpoczęli Mistrzostwa Świata od meczu z wymagającym przeciwnikiem – Argentyną. Biało-Czerwoni wyszli jednak z tej potyczki zwycięską ręką. Strzelcy bramek: Lato (7′, 62′), Szarmach (8′).

19 czerwca 1974 – Haiti 0:7 Polska

Spotkanie z Haiti było spacerem dla Polaków. Nasi rodacy pewnie wygrali pokonując bramkarza przeciwników aż 7 razy! Strzelcami bramek byli: Grzegorz Lato (17′, 87′), Deyna (18′), Szarmach (30′, 34′, 50′), Gorgoń 31′

23 czerwca 1974 – Polska 2:1 Włochy

23 czerwca nasza reprezentacja zmierzyła się z Włochami – wciąż aktualnymi wicemistrzami świata. Podopiecznym Kazimierza Górskiego jednak to nie przeszkadzało i zanotowali oni następne zwycięstwo. Jedynego gola dla Włochów strzelił Fabio Capello, strzelcami naszej reprezentacji byli kolejno: Szarmach oraz Deyna.

26 czerwca 1974 – Szwecja 0:1 Polska

Reprezentacja Polski zajęła pierwsze miejsce w swojej grupie (to były czasy, teraz to prawie nierealne marzenia ;( ) i przeszła do następnej fazy turnieju. Na drodze Biało-Czerwonych stanęła Szwecja. Niezastąpiony Grzegorz Lato strzelił w 43. minucie zwycięskiego gola.

30 czerwca 1974 – Polska 2:1 Jugosławia

Po meczu ze Szwecją przyszła pora Jugosławię. I tym razem niezawodnymi okazali się Grzegorz Lato i Kazimierz Deyna. Jedyną bramkę dla przeciwników strzelił Karasi.

3 lipca 1974 – Polska 0:1 RFN czyli Mecz na wodzie

Piłka nożna to taka dyscyplina, gdzie na boisku gra 22 zawodników, ale zawsze wygrywają Niemcy – powiedział kiedyś piłkarz angielski Gary Lineker. Idealnie pasuje to do opisu tego meczu. Polacy wygrali wszystkie dotychczasowe mundialowe spotkania jednak we Frankfurcie nad Menem prawie wszystko nie szło po naszej myśli. Wszystko zaczęło się od potężnej ulewy oraz awarii systemu drenów przez co boisko było jedną wielką kałużą.

Polacy przez cały mecz atakowali, a Niemców przed stratą bramki ratował tylko Sepp Maier. Jednak to Biało-Czerwoni przegrali, a jedynego gola niespełna kwadrans przed końcem zdobył Gerd Mueller. Jan Tomaszewski wcześniej ustanowił nowy rekord – jako pierwszy bramkarz w historii obronił drugą jedenastkę na Mundialu.

6 lipca 1974 – Brazylia 0:1 Polska

6 lipca na Olympiastadion w Monachium, tym samym, na którym dwa lata wcześniej Polacy zdobyli olimpijskie złoto, Biało-Czerwoni pokonali w grze o 3. miejsce drużynę Brazylii, wówczas wciąż jeszcze aktualnych mistrzów świata. Jedyną bramkę strzelił w 76. minucie Grzegorz Lato. On też, z 7 bramkami, został królem strzelców turnieju. Do najlepszych zawodników Mistrzostw zaliczali się również Deyna i Gadocha, zaś słynny Brazylijczyk Pelé uznał Tomaszewskiego za najlepszego bramkarza świata

Jan Ciszewski – Legendarny komentator

W czasach gdy na boisku królowały „Orły Górskiego” mecze komentował legendarny – Jan Ciszewski. Jeśli mieliście możliwość oglądać mecze z tego okresu (TVP Sport często puszcza archiwalne nagrania z oryginalnym komentarzem Jana Ciszewskiego – gorąco polecam!) to zapewne kojarzycie jego charakterystyczny głos i charyzmę. Tworzył niesamowitą atmosferę i co najważniejsze – po prostu lubiano słuchać jego komentarza.

» Nie mogę wszystkim dogodzić. Opowieść o Janie Ciszewskim

Ciszewski znał piłkarzy jak mało kto. Podróżował z drużyną tymi samymi samolotami, często spał w jednym hotelu. Kiedy w kadrze znalazł się nowy piłkarz, to musiał się wkupić w łaski „Cisa”.

Szpakowski: – Podczas jednego z wyjazdów „Profesor” zobaczył w holu lotniska „nowego”. „A kto ty jesteś?”. „Włodzimierz Smolarek. Dzień dobry” – odpowiedział młokos. „Smolarek, Smolarek… Nie wiem, czy zapamiętam? Ale wiesz „młody”, mnie na pamięć najlepiej robi siedem gwiazdek…”. Na następnym postoju Smolarek pobiegł do sklepu wolnocłowego, kupił markowy koniak i wręczył go Ciszewskiemu. Ten wyjął butelkę z pudełka i zaczął liczyć gwiazdki. „Jedna, druga, trzecia… siódma. No tak! Włodek Smolarek!”.

Tutaj kończymy naszą krótką wyprawę w przeszłość do czasów polskiego piłkarskiego El Dorado. Był to niesamowity okres dla naszej reprezentacji, która grała piękny i radosny futbol. To już 35 lat…

Grzegorz Lato, historia, Jan Tomaszewski, Mistrzostwa Świata,


Copyright © 2012 Redlog.pl Manchester United - blog fanów. Ten kanał RSS jest przeznaczony tylko do użytku niekomercjalnego. Jeśli nie czytasz go w agregatorze wiadomości RSS, strona na którą patrzysz łamie prawa autorskie. Prosimy o kontakt legal@redlog.pl aby podjąć odpowiednie działania.
]]>
http://redlog.pl/2009/07/06/to-juz-35-lat-polska-na-mistrzostwach-swiata-1974r/feed/
Busby i spółka – europejskie potyczki. http://redlog.pl/2009/07/01/busby-i-spolka-europejskie-potyczki/ http://redlog.pl/2009/07/01/busby-i-spolka-europejskie-potyczki/#comments Wed, 01 Jul 2009 05:54:25 +0000 Man-redman http://redlog.pl/2009/07/01/busby-i-spolka-europejskie-potyczki/ Busby i spółka - europejskie potyczki Tegoroczny finał Ligi Mistrzów z udziałem Czerwonych Diabłów, jak dobrze wiemy, nie był pierwszym w historii. Nie sądzę też by był ostatnim. Manchester United to klub, którego przygoda z wielkim europejskim futbolem zaczęła się ponad 50 lat temu, u zarania rozgrywek zwanych wtedy PEMK (Pucharem Europejskich Mistrzów Krajowych). Zapewne wielu z Was kojarzy kilka ważnych spotkań, ale wiele wspaniałych potyczek, zwycięskich bądź nie, jest nieco zapomnianych. W sezonie ogórkowym gdzie jedyną rozrywką jest nieustanne śledzenie kolejnych plotek transferowych postanowiłem pokusić się o małą podróż w czasie. O przypomnienie wspaniałych epizodów United pod wodzą legendarnego Matta Busby’ego.
»Czytaj dalej

Tagi: historia, Sir Matt Busby,

]]>
Busby i spółka - europejskie potyczki
Tegoroczny finał Ligi Mistrzów z udziałem Czerwonych Diabłów, jak dobrze wiemy, nie był pierwszym w historii. Nie sądzę też by był ostatnim. Manchester United to klub, którego przygoda z wielkim europejskim futbolem zaczęła się ponad 50 lat temu, u zarania rozgrywek zwanych wtedy PEMK (Pucharem Europejskich Mistrzów Krajowych). Zapewne wielu z Was kojarzy kilka ważnych spotkań, ale wiele wspaniałych potyczek, zwycięskich bądź nie, jest nieco zapomnianych. W sezonie ogórkowym gdzie jedyną rozrywką jest nieustanne śledzenie kolejnych plotek transferowych postanowiłem pokusić się o małą podróż w czasie. O przypomnienie wspaniałych epizodów United pod wodzą legendarnego Matta Busby’ego.

Ten pierwszy raz

Pierwszy mecz z udziałem angielskiego zespołu miał odbyć się jesienią 1955 roku pomiędzy ówczesnym mistrzem Anglii- Chelsea Londyn a szwedzkim Djurgarden Sztokholm. W ostatniej chwili Londyńczycy wycofali się z rozgrywek pod pretekstem braku dogodnych terminów. Nieoficjalnie wiadomo było, że za decyzją tą stoi F.A, która nie chciała by angielski zespół brał udział w nowym(była to I edycja pucharu) przedsięwzięciu. Rok później nie było takich komplikacji i do boju stanął Manchester United-mistrz sezonu 1955/1956. Młody zespół Busby’ego wylosował mistrzów Belgii –Anderlecht Bruksela. Debiut Czerwonych Diabłów mimo iż rozgrywany był na wyjeździe wypadł znakomicie. Po golach Taylora i Violleta United wygrał 2:0. Prawdziwy szok kibice popularnych Fiołków z Brukseli przeżyli w meczu rozgrywanym na…Maine Road. W obecności 40 000 widzów, 26 września 1956 roku Manchester odniósł najwyższe zwycięstwo w historii rozbijając Anderlecht 10:0! Gole w tym niesamowitym meczu strzelali: ponownie Viollet (4) i Taylor (3) a także Whelan (2) i Berry. Po odprawieniu we wspaniałym stylu Belgów przyszedł czas na Niemców a konkretnie Borussię Dortmund. United poradził sobie znakomicie, remisując na trudnym terenie rywala 0:0 a u siebie wygrywając po zaciętym spotkaniu 3:2. W ¼ finału team z Old Trafford trafił na Atletico Bilbao. Hiszpanie wygrali u siebie 5:3 ale w rewanżu Anglicy nie dali im żadnych szans zwyciężając 3:0 (bramki: Berry, Taylor, Viollet).

Batalia o finał z „Królewskimi”

Nadszedł półfinał rozgrywek o PEMK a przeciwnikiem United był obrońca trofeum-Real Madryt. Angielska prasa wręcz tryskała optymizmem przepowiadając rychłą klęskę Hiszpanów. Młody zespół Busby’ego przez wielu fachowców stawiany był wyżej niż Real, który w swych szeregach posiadał genialnego dryblera Alfredo Di Stefano. Do pierwszego pojedynku, rozgrywanego w Madrycie, Sir Matt delegował ten sam skład, który tak wspaniale spisywał się we wszystkich wcześniejszych meczach. Warto go przypomnieć- od bramki: Wood, Foulkes, Byrne, Colman, Blanchflower, Edwards, Berry, Whelan, Taylor, Viollet i Pegg. Zgromadzeni w liczbie 100 tysięcy widzowie oglądali koncertową grę piłkarzy Realu, którzy w 82 min prowadzili już 2:0. Wtedy to po błędzie goalkeepera gospodarzy Tommy Taylor zdołał strzelić kontaktowego gola. Jednakże genialna akcja Di Stefano i gol Mateosa podcięły skrzydła Anglikom i mecz skończył się wynikiem 3:1. Nie ostudziło to zapału kibiców z Manchesteru i w rewanżu liczono na wysokie zwycięstwo Red Devils. Był to pierwszy mecz w europejskich pucharach rozgrywany na Old Trafford (wcześniejsze odbywały się na Maine Road). Przed tym spotkaniem Busby dał odpocząć aż 8 piłkarzom podstawowego składu. Podobno sam prezes Realu Fernando Bernabeu był bardzo przejęty potencjałem jaki posiadali gospodarze spotkanie. 25 kwietnia 1957 roku wszystko poszło jednak nie po myśli United. Wczesne bramki Kopy i Riala zniweczyły marzenia o finale, na nic zdało się wyrównanie na 2:2 za sprawą Charltona i bramkostrzelnego Taylora. Remis oznaczał koniec pierwszej, wspaniałej przygody United z Pucharem Europy, który stał się najbardziej prestiżowym klubowym turniejem piłkarskim na Świecie.

Kolejna próba

Już w następnym sezonie podopieczni szkockiego trenera United mogli podjąć kolejną próbę podbicia Europy. Wzbogaceni doświadczeniami zdobytymi w debiutanckich bojach piłkarze gładko rozprawili się w I rundzie z Shamrock Rovers z Dublina 6:0 i 3:2. W 1/8 finału Manchester musiał zmierzyć się z bardzo mocną ekipą z Czechosłowacji- Duklą Praga. W pierwszym pojedynku na Old Trafford udało się zdobyć pokaźną zaliczkę 3 bramek przy zachowaniu czystego konta. Rewanż okazał się bardzo ciężkim starciem. Busby Babes polegli 0:1 jednakże lepszy bilans bramkowy premiował ich do gry w następnej rundzie. Los chciał by przeciwnikiem Anglików była Crvena Zvezda Belgrad. Zespół z Jugosławii sezon wcześniej dotarł aż do półfinału i był niezwykle wymagającym przeciwnikiem. Świetny występ na Old Trafford przy dopingu 60 000 kibiców pozwolił United zwyciężyć 2:1 po bramkach Charltona i Colmana. Rewanż rozegrano 5 lutego 1958 roku na stadionie w Belgradzie. Rozpędzone Dzieciaki Busby’ego prowadziły wysoko 3:0 po 2 golach Bobby’ego Charltona i jednym Dennisa Violetta. Jednakże świetna postawa gospodarzy w II połowie sprawiła, iż udało im się ostatecznie zremisować 3:3.

To co stało się 6 lutego, w drodze powrotnej uradowanych perspektywą kolejnej półfinałowej batalii graczy Manchesteru do dziś pozostaje jedną z największych futbolowych tragedii. Wiele napisano już o katastrofie w Monachium i nie czuję się na siłach by opisywać ją ponownie. Fakty są znane wszem i wobec. Śmierć kilku wspaniałych graczy, w tym Duncana Edwardsa, zmieniła bieg historii i brutalnie przerwała marzenia o finale. Mimo ogromnego ciosu jaki dotknął team Matta Busby’ego półfinały PEMK zostały rozegrane zgodnie z planem. Rywal Anglików, włoski AC Milan zachował się kurtuazyjnie wystawiając w pierwszym meczu głębokie rezerwy co pozwoliło gospodarzom wygrać 2:1. W rewanżu, który odbył się 14 maja w Mediolanie nie było już litości i Manchester poległ 0:4. Nigdy nie dowiemy się czy tamten wspaniały zespół, łączący młodość i pasję z całkiem sporym już doświadczeniem zdobyłby europejskie trofeum w roku 1958 gdyby feralny samolot doleciał cało do Anglii. Wyniki osiągane przed katastrofą stawiałyby Busby Babes w roli faworytów w konfrontacji z Milanem. W ewentualnym finale zmierzyliby się z Realem Madryt, który zdążyli już nieźle poznać. Niestety to tylko gdybanie gdyż ten wspaniały zespół, tak pieczołowicie budowany przez wiele lat nie zagrał nigdy o najcenniejsze klubowe trofeum. Ostatnim, smutnym europejskim epizodem Manchesteru w Europie był mecz w kolejnej edycji PEMK rozegrany w Szwajcarii. Young Boys Berno łatwo zwyciężyło z byłymi mistrzami Anglii 2-0 a mecz ten uznano za towarzyski gdyż F.A nie dopuściła ostatecznie United do gry w pucharach.

c.d.n

historia, Sir Matt Busby,


Copyright © 2012 Redlog.pl Manchester United - blog fanów. Ten kanał RSS jest przeznaczony tylko do użytku niekomercjalnego. Jeśli nie czytasz go w agregatorze wiadomości RSS, strona na którą patrzysz łamie prawa autorskie. Prosimy o kontakt legal@redlog.pl aby podjąć odpowiednie działania.
]]>
http://redlog.pl/2009/07/01/busby-i-spolka-europejskie-potyczki/feed/
The Treble – marzec 1999 http://redlog.pl/2009/03/16/the-treble-marzec-1999/ http://redlog.pl/2009/03/16/the-treble-marzec-1999/#comments Mon, 16 Mar 2009 20:18:22 +0000 Wiktor http://redlog.pl/2009/03/16/the-treble-marzec-1999/ The Treble - marzec 1999 Zdobycie Potrójnej Korony nie nastąpiło w jeden dzień… Przez blisko rok piłkarze Manchesteru United ciężko pracowali, aby dokonać tego niezwykłego osiągnięcia. Oficjalna strona United postanowiła przypomnieć miesiąc po miesiącu wspaniały sezon 1998/1999, w którym piłkarze z Old Trafford wywalczyli pierwsze w historii The Treble. Teraz czas na marzec - miesiąc, w którym Manchester wyeliminował Chelsea oraz Inter z pucharów, a także zdobył komplet punktów w lidze.
»Czytaj dalej

Tagi: historia, The Treble,

]]>
The Treble - marzec 1999
Zdobycie Potrójnej Korony nie nastąpiło w jeden dzień… Przez blisko rok piłkarze Manchesteru United ciężko pracowali, aby dokonać tego niezwykłego osiągnięcia. Oficjalna strona United postanowiła przypomnieć miesiąc po miesiącu wspaniały sezon 1998/1999, w którym piłkarze z Old Trafford wywalczyli pierwsze w historii The Treble. Teraz czas na marzec – miesiąc, w którym Manchester wyeliminował Chelsea oraz Inter z pucharów, a także zdobył komplet punktów w lidze.

Premier League

Nie ma nic wspanialszego niż zdobycie bramki przeciwko swojemu byłemu zespołowi. Andy Cole zrobił to podwójnie i zapewnił zwycięstwo United w trudnym wyjazdowym meczu z Newcastle na St James’ Park. Ale nie wszystko szło po myśli gości. Podopieczni Fegusona przegrywali 0:1 już po 16 minutach. Nobby Solano zdobył przepiękną bramkę z rzutu wolnego. To tylko zmobilizowało United do ataku i 9 minut później Cole wyrównał po asyście Berga. Angielski napastnik pokazał swój charakter i strzelił drugiego gola. Minął Charveta i strzelił do bramki po bezradnie interweniującym Givenie. Tym samym zapewnił Manchesterowi 4-punktową przewagę nad drugim zespołem w tabeli.

Ostatni mecz w marcu rozgrywany był z Evertonem. Dwie połowy były zupełne przeciwne, niczym dwa oblicza spotykających się zespołów – o pierwszej oba zespoły wolałyby zapomnieć, natomiast druga była pełna akcji i kibice doczekali się czterech goli. Pierwszą bramkę zdobył Solskjaer po ładnej wymianie piłki z Yorkiem. Napastnik z Trynidadu i Tobago w 64. minucie znów zaliczył asystę, podając Gary’emu Neville’owi. Trzy minuty później Beckham zdobył kolejnego gola dla United po uderzeniu z rzutu wolnego. Po chwili Don Hutchinson strzelił bramkę honorową i dał nieco radości kibicom Evertonu. United na szczęście wygrało i zakończyło marzec jako niepokonana drużyna, mając cztery punkty przewagi nad Arsenalem.

Liga Mistrzów

Rok wcześniej Manchester zakończył przygodę z europejskimi pucharami w ćwierćfinale LM po meczu z mistrzami Francji, AS Monaco. Tym razem, pomimo trudnego rywala (i przedmeczowymi porównaniami na linii Beckham-Simeone), Ferguson był zdeterminowany, aby osiągnąć coś więcej niż ćwierćfinał.

Diabły wygrały pierwsze spotkanie na Old Trafford 2:0 po akcjach Beckham-Yorke. Na początku Anglik wrzucił ładną piłkę i Yorke cudownym strzałem ze „szczupaka” dał prowadzenie United. Zaraz przed przerwą ta dwójka ponownie wyprowadziła akcję i Beckham niezłym zagraniem z pierwszej piłki otworzył drogą do bramki Yorke’owi, który w takich sytuacjach się nie mylił. Spotkanie to nie było jednak jednostronne – Simeone strzelił bramkę po przerwie, jednak arbiter jej nie uznał. Peter Schmeichel zaliczył kolejny świetny mecz broniąc strzały Ivana Zamorano, Nicoli Ventoli oraz Francesco Colonnesa. Tym samym rezultat na tablicy wyników po meczu wskazywał 2:0.

Dwa tygodnie później Diabły udały się na San Siro z zaliczką dwóch bramek. Mecz zakończył się bezpiecznym dla United 1:1 i dał im awans do półfinału. Pomimo świetnych zawodów w wykonaniu Schmeichela, Stama i Berga, Ventola przełamał obronę United w drugiej połowie. Zaczęły się wielkie nerwy – Inter za wszelką cenę próbował zdobyć drugiego gola. Jak to w takich przypadkach bywa, Paul Scholes wykorzystał nieuwagę Interu i w końcówce zdobył wyrównującą bramkę. United w półfinale Ligi Mistrzów.

Puchar Anglii

To, jak tamten mecz zakończył się bezbramkowym remisem pozostanie zagadką. Po 90 minutach meczu Pucharu Anglii z Chelsea, podopieczni sir Alexa Fergusona oddali 24 strzały na bramkę, natomiast goście tylko 4. Należy jeszcze dodać, że w zespole Chelsea w pierwszej połowie boisku opuścił Roberto Di Matteo. Była to konsekwencja czerwonej kartki – kilka minut przed końcem takim samym kolorem kartonika sędzia ukarał Paula Scholesa. Nie ma się co dziwić kibicom, którzy opuszczali Old Trafford bardzo sfrustrowani nieskutecznością swoich ulubieńców.

Na szczęście nie było takich problemów na Stamford Bridge trzy dni później. Yorke zdobył dwie bramki i przybliżył swój zespół do finału na Wembley. Jego pierwszy gol padł w 4. minucie po uderzeniu z woleja. United podołało atakom Chelsea – Schmeichel świetnie bronił strzały Gianfranco Zoli i pomógł utrzymać prowadzenie United. Po przerwie napastnik gospodarzy, Tore Andre Flo, nieszczęśliwie wybił z linii bramkowej United strzał kolego z zespoły. Cztery minuty później Yorke ustalił wynik na 2:0 dla gości ładnym strzałem zewnętrzną częścią stopy. To była bramka „stadiony świata” albo przynajmniej bramka godna finały Pucharu Anglii. Jednak na tę chwilę Manchester musiał się tylko zadowolić półfinałem.

Luty 1999
Premier League
13.03 Newcastle – United 1:2
21.03 Manchester United – Everton 3:1

Liga Mistrzów
03.03 Manchester United – Inter 2:0
17.03 Inter – Manchester United 1:1

Puchar Anglii
07.03 Manchester United – Chelsea 0:0
10.03 Chelsea – Manchester United 0:2

»The Treble miesiąc po miesiącu«
»The Treble – październik 1998«
»The Treble – listopad 1998«
»The Treble – grudzień 1998«
»The Treble – styczeń 1999«
»The Treble – luty 1999«

Zdjęcia z marca 1999

historia, The Treble,


Copyright © 2012 Redlog.pl Manchester United - blog fanów. Ten kanał RSS jest przeznaczony tylko do użytku niekomercjalnego. Jeśli nie czytasz go w agregatorze wiadomości RSS, strona na którą patrzysz łamie prawa autorskie. Prosimy o kontakt legal@redlog.pl aby podjąć odpowiednie działania.
]]>
http://redlog.pl/2009/03/16/the-treble-marzec-1999/feed/
The Treble – luty 1999 http://redlog.pl/2009/03/01/the-treble-luty-1999/ http://redlog.pl/2009/03/01/the-treble-luty-1999/#comments Sun, 01 Mar 2009 20:45:11 +0000 Wiktor http://redlog.pl/2009/03/01/the-treble-luty-1999/ The Treble - luty 1999 Zdobycie Potrójnej Korony nie nastąpiło w jeden dzień… Przez blisko rok piłkarze Manchesteru United ciężko pracowali, aby dokonać tego niezwykłego osiągnięcia. Oficjalna strona United postanowiła przypomnieć miesiąc po miesiącu wspaniały sezon 1998/1999, w którym piłkarze z Old Trafford wywalczyli pierwsze w historii The Treble. Teraz czas na luty - miesiąc, w którym Manchester zdemolował Nottingham Forest i grał z Arsenalem na Old Trafford...
»Czytaj dalej

Tagi: historia, The Treble,

]]>
The Treble - luty 1999
Zdobycie Potrójnej Korony nie nastąpiło w jeden dzień… Przez blisko rok piłkarze Manchesteru United ciężko pracowali, aby dokonać tego niezwykłego osiągnięcia. Oficjalna strona United postanowiła przypomnieć miesiąc po miesiącu wspaniały sezon 1998/1999, w którym piłkarze z Old Trafford wywalczyli pierwsze w historii The Treble. Teraz czas na luty – miesiąc, w którym Manchester zdemolował Nottingham Forest i grał z Arsenalem na Old Trafford…

Premier League

Dla wielu fanów wyjazdowa wygrana 8:1 z Nottingham Forest była jednym z lepszych spotkań w wykonaniu United w tamtym sezonie. I mieli rację. Jednak późniejszy mecz z Arsenalem był bardziej ekscytujący, ale żaden zespół nie potrafił przechylić szali zwycięstwa i spotkanie zakończyło się remisem 1:1.

Media zapowiadały ten mecz jako hit nie tylko kolejki, ale i tej części sezonu. Spotkanie było rozgrywane na nasiąkniętym wodą boisku. Mecz był pełen pojedynków, jak np. Jaapa Stama i Dennisa Bergkampa. Holenderski obrońca rozgrywał świetne zawody i powstrzymał gwiazdę Arsenalu przed pokonaniem Duńczyka w bramce United. Niestety, raz obrona United skapitulowała.

Diabły zaliczyły jeszcze zwycięstwa z Derby County, Coventry City i Southampton. Jednak ani jedna z tych wygranych nie była tak wspaniała jak mecz z Nottingham Forest pod wodzą Rona Atkinsona. Zanim Solskjaer pojawił się na boisku duet Cole-Yorke zdobył cztery bramki, a potem Norweg zdobył rekordowe 4 bramki w ciągu 10 minut. Była to największa ilość goli strzelonych przez rezerwowego w historii. Ole pobił również rekord pod względem czasu potrzebnego na strzelenie 4 bramek przez jednego zawodnika. Powtórzę – potrzebował na to tylko 10 minut. Tym samym było to największe wyjazdowe zwycięstwo Diabłów. Poniżej możecie obejrzeć wideo z tego meczu.

Puchar Anglii

W piątej rundzie Pucharu Anglii United zmierzyło się z Fulham. Drużynę z Second Division prowadził wtedy nie lubiany przez kibiców United Kevin Keegan. Bramkę, która dała zwycięstwo Manchesterowi, zdobył zawodnik, którego Keegan sprzedał do United w 1995 roku. W 26. minucie Andy Cole dopadł do piłki po odbiciu jej od nóg Chrisa Colemana. I tylko na to było stać podopiecznych Fergusona w to deszczowe popołudnie na Old Trafford.

Fulham prawie wyrównało, kiedy Dirk Lehman przeprowadził akcję. W 67. minucie Peter Schmeichel obronił strzał Johna Solako. Starania gości nic nie dały i mecz zakończył się wynikiem 1:0. Trzeba dodać, że przez cały mecz kibice United skandowali obraźliwe przyśpiewki pod adresem Keegana.

Luty 1999
Premier League
03.02 Manchester United – Derby County 1:0
06.02 Nottingham Forest – Manchester United 1:8
17.02 Manchester United – Arsenal 1:1
20.02 Coventry – Manchester United 0:1
27.02 Manchester United – Southampton 2:1

Puchar Anglii
14.02 Manchester United – Fulham 1:0

»The Treble miesiąc po miesiącu«
»The Treble – październik 1998«
»The Treble – listopad 1998«
»The Treble – grudzień 1998«
»The Treble – styczeń 1999«

Zdjęcia z lutego 1999

Po dzisiejszej wygranej w finale Carling Cup, po raz kolejny odezwały się głosy, że w 10. rocznicę zdobycia The Treble Manchester może zdobyć Quadruple. Wszystko idzie jak najlepiej i mam nadzieję, że do końca sezonu tak będzie. A za kolejne dziesięć lat ktoś będzie pisał serię „The Quadruple 08/09 – miesiąc po miesiącu” i wspominał między innymi dzisiejszy mecz :-)

historia, The Treble,


Copyright © 2012 Redlog.pl Manchester United - blog fanów. Ten kanał RSS jest przeznaczony tylko do użytku niekomercjalnego. Jeśli nie czytasz go w agregatorze wiadomości RSS, strona na którą patrzysz łamie prawa autorskie. Prosimy o kontakt legal@redlog.pl aby podjąć odpowiednie działania.
]]>
http://redlog.pl/2009/03/01/the-treble-luty-1999/feed/