
Pewnego dnia ludzie zaczną mówić, że ja byłem drugim Ryanem Giggsem – George Best
Niezwykle rzadko zdarzają się osobowości, o których człowiek boi się pisać. Bo to w gruncie rzeczy jest trudne – opisać kogoś, kogo darzy się niesamowitym szacunkiem i kogo uważa się za najlepszego piłkarza w historii danego klubu. Ciężko opisać George’a Besta, ciężko Sir Roberta Charltona, ciężko Erica Cantonę… Ciężko będzie opisać też Roya Keane’a. Trudności wynikają przede wszystkim z chęci ukazania wszystkiego, co czyni te postaci wielkimi na skalę nie tylko jednego klubu, nie tylko Europy, ale też świata i historii futbolu. A że wszystkiego ukazać się nie da, gdyż to fizycznie niemożliwe na potrzeby dość krótkiego artykułu blogowego, pojawia się obawa, że czegoś w tekście jest za mało, czegoś jest za dużo, coś by można było wyciąć, coś zastąpić. Poza tym w „Legendach” to swoiste novum opisywać zawodnika, który… wciąż gra, wciąż czaruje, wciąż pokazywany jest skupiony w tunelu przed meczami oraz uśmiecha się do kamer po każdym spotkaniu. Dziwnie będzie opisywać grającą legendę, ale postaram się nie ominąć niczego naprawdę istotnego w przybliżeniu sylwetki najwybitniejszego piłkarza Manchesteru United – fenomenalnego Ryana Giggsa.